Pokazywanie postów oznaczonych etykietą playlista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą playlista. Pokaż wszystkie posty

2012/07/01


Lipiec rozpoczynamy ze stosownymi temperaturami 30+, po ostatnim meczu Euro 2012 wymiotło już ze stolicy, więc amtosferę a-la-Ibiza zapewniamy sobie sami. Początek wakacji, dzięki któremu na słoneczko wyroiło wysypem oswobodzonej a jeszcze niewyjechanej braci uczniowskiej, uczcimy stosownie gorącym zestawem muzycznym.

Jak zwykle wrzucamy do jednego worka, co nam tam po plejerach najróżniejszych ostatnio śmiga: od ostatniego odkrycia, Florrie, przez nieco przegapiony cover obfitoustej Lany Del Rey w wykonaniu TYP, dwa kawałki z udziałem Penguin Prison, wyimek z Adama Lamberta aż po miluśnego Bright Light Bright Light i ostatniego Jimmy'ego Somerville.

Uwadze P.T. Słuchaczy polecamy także enigmatyczną, w mleku kąpaną Queer of Hearts (na playliście w innym remiksie), której w tym wydaniu nie bez racji przypisuje się podobieństwo do produkcji Goldfrapp:

Z podobnie dusznych, spocononocnych kawałków odsyłamy do klipu niejakiego Blake'a McGratha, na współczesną modłę w konwencji scenicznego glamour parafrazującego klasyka Frankie Goes To Hollywood.

Ale do rzeczy - poniżej początek przeważająco tanecznego zestawu, całość dostępna na stronie PodSnack.



[pełna playlista: 12 utworów]

2012/06/02

Kolejna muzyczna siurpryza, bo przez jakiś czas Jimmy zwlekał z wydaniem nowego materiału (chociaż występował gościnnie, z doskonałym efektem). Jak dla nas, ta zwłoka mu wyszła na dobre, z biegiem lat jego głos szlachetnieje jak wino, staje się bardziej matowy, chropowaty, wyrazisty.

Muzycznie Solent wypada zaskakująco różnorodnie i bardzo współcześnie. W sporej części Jimmy odchodzi od kojarzonej z nim (nie zawsze słusznie) stylistyki gejowskiego parkietu, do którego najbliżej otwierającemu set kawałkowi Some Wonder czy Taken Away. Potem robi się dużo ciekawiej, jest i stały element zaskoczenia, gdy Somerville nie śpiewa falsetem w mrocznym Reconciliation. Why Did It End This Way słuchalibyśmy najchętniej w kółko, a Kite skutecznie łączy to wszystko w jedną całość.

Ten krótki zestaw nieprędko odpadnie z ulubionych w naszym odtwarzaczu:



Na playliście umieściliśmy kawałki według własnego upodobania, cała epka (włącznie z remiksami) do wysłuchania tutaj lub tutaj.

2012/05/26

Oj, nieczęsto zdarzają się elektroobjawienia tej skali (wychodzi, że raz na pięć lat), takie co to uwolnić się nie sposób. Mollyhaus rzuciło się nam już na uszy pierwszym kawałkiem, który czem prędzej włączyliśmy do jednej z poprzednich playlist. Niedawno wypuścili kolejny klip do epki Red Shoes, która już zapowiada, że Mollyhaus to trio nie pozostanie formacją jednego przeboju. Przynajmniej na parkiecie:

Dziwnym zbiegiem okoliczności, zarówno przywołany już wcześniej ETO jak i didżejski duet The Snoopy Lads, odpowiedzialny za warstwę muzyczną Mollyhaus (na tym zdjęciu z jakąś inną panią), tworzą i działają na scenie berlińskiej. O ile jednak ten pierwszy wyśpiewywał, co mu w duszy gra samodzielnie, o tyle panowie zaprosili do nowego projektu przezdolną wokalistkę, Little Neve White (takoż nie stroniącą bynajmniej od klubowo-queerowych klimatów).
Trafili w dziesiątkę z wybuchowym efektem.

Mimo jednorodnie elektronicznego instrumentarium, kawałki różnią się od siebie temperamentem: energetyczne Love Machine i Widow Maker sąsiaduje z bujanym Liar Liar, ociężałym, tytułowym Red Shoes czy przelirycznym Russian Boy. W tej rozpiętości znajduje ujście talent Little Neve, która czasem szepcząc, chwilami z jazzowa wokalizując, czasem prawdziwie dudniąc, a najczęściej lawirując ciągle gdzieś pomiędzy skrajnościami, daje prawdziwy popis swoich możliwości.

Całość podszyta jest nutką tak przez nas ulubionej, chwilami patetyzującej melancholii, która nadaje elektronice stosownie ludzki wymiar, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Little Neve się w tym swoim zaśpiewaniu świetnie bawi, a to co robi, przychodzi jej niemal bez trudu. Także panowie starają się, by aranże brzmiały różnorodnie, nie przesadzając jednak z realizacyjnymi fajerwerkami.

Po występach w gejowskim Schwuz czy Chantal w Berlinie, niemiecki miesięcznik Maenner przyrównał te zabawy do produkcji Williama Orbita czy Goldfrapp, jako przedstawiciele starszego pokolenia skojarzyliśmy bluesowe zaśpiewy tytułowego Red Shoes z elektronicznymi początkami Eurythmics (nie bez powodu chyba zmiksowanymi z kolei  przez pewnego pana z kawałkiem Goldfrapp).

Tak czy owak w tym kółeczku Mollyhaus ląduje w doborowym towarzystwie. Komu mało, na profilu Soundcloud grupy znajdzie remiksy do Red Shoes oraz Love Machine. My z niecierpliwością czekamy ciągu dalszego...

2012/05/03


Może nie odzywamy się tu ostatnio zbyt często, ale chyba nie sądziliście, że pozostawimy bez odzewu tak miły wszystkiemu ludu pracującemu zbieg okoliczności, jak kilka dni ustawowo wolnych od pracy w połączeniu z prawdziwie wiosenną, a w porywach trącącą prawdziwym latem pogodą. Sezon na komary, alergie i smród w komunikacji miejskiej należy uznać za oficjalnie rozpoczęty.

I choć na codzień tego tu nie widać, to owszem, nadal słuchamy muzyki, co postanowiliśmy majówkowo podsumować odpowiednim zestawem nowości, wyłapanych w czeluściach internetu w ostatnich dniach. Jeśli ktoś przegapił, to najwyższy czas zwrócić uwagę na najnowsze dokonania Sama Sparro, Little Boots czy Bright Light Bright Light. Niezawodni okazali się rzecz jasna Studio Killers, kreskówkowy team cyka wprawdzie nowymi produkcjami rzadziej niż z umiarem, ale zawsze z nawiązką wynagradza oczekiwanie:



Do największych ciekawostek zaliczamy koprodukcję Eltona Johna z Pnau (czyli panami odpowiedzialnymi za sukces Empire of The Sun). W ramach podsumowania swojej dotychczasowej twórczości, Elton udostępnił młodym producentom taśmy-matki swoich nagrań, które ci mashują teraz w całkiem nową, nowoczesną jakość (mają przygotować kilka kawałków, pierwszy właśnie ujrzał światło dzienne).

Reszta słonecznej playlisty jest równie odświeżająca, poniżej próbka, całość pod tym adresem. Tak, otwiera ją kawałek Polskiej Artystki Wyczulonej na Przecieki Jej Piosenek do Sieci (Soundcloud nam usunął i pogroził palcem), ale nie możemy się powstrzymać  - to naprawdę jedna z lepszych 'przeróbek', jakie ostatnio słyszeliśmy.



A to tylko początek - cała playlista dostępna tutaj (za chwilę wrzucimy tam też wszystkie dotychczasowe).

Na deser (zwany współcześnie bonusem) zostawiliśmy interpretację parodystyczną Williama Belli, zdyskwalifikowanego uczestnika ostatniej edycji RuPaul's Drag Race. Powody usunięcia z programu okazały się frapujące, a zdemaskowany William (wzorem George'a) poszedł za ciosem i postanowił o tym zaśpiewać do cudzej kompozycji. Gdyby ktoś nie kojarzył, jest to przeróbka tego, więcej niż udana, do tego seksowna:


Miłego ciągu dalszego majówki, cokolwiek robicie - teraz możecie robić to z nową muzą...

2012/02/17

Rzutem na taśmę wrzucamy garść skocznych dźwięków na początek ostatniego weekendu karnawału. Zupełnie nie wiemy, jak do tego doszło: dopiero co nie obchodziliśmy Bożego Narodzenia, a już wczoraj nie daliśmy się zupełnie porwać pączkowemu amokowi. O nieobchodzonych urodzinach pomiędzy jednym a drugim zmilczymy zupełnie, bo nominalny wiek nic nie ma do nijakiej rzeczy.

Tak czy owak, kto uważnie śledzi muzyczną rubryczkę na blogu, tudzież fejsowego fanpejdżyka, zapewne nie będzie zaskoczony poniższym setem. W ostatnich tygodniach pisaliśmy tu o Moullinex i Glorii, na FB linkowaliśmy Mollyhaus, Erasure i Willa Younga. Nieśmiało zwrócimy więc uwagę na resztę: Queen of Hearts, która udostępniła utwór do pobrania w niedawne Walentynki, ironiczne Dwa Misie, czy retropowalającego Tysona na parkiecie (tyle skojarzeń!).

Pozostali także sroce spod ogona nie wypadli, i aż szkoda, że to niespełna 40 minut:

Na deser ostatni kawałek z listy w wersji klipowej. Przynajmniej od tego momentu poczynania Willa Younga stają sie coraz bardziej frapujące. Trzeba będzie przyjrzeć mu się bliżej...


[źródło wideo] [queerpop na youtube]

2012/01/08

Duet TYP (Ivri Lider/Johnny Goldshtein) przemknął w połowie ubiegłego roku po blogosferze ze swoim debiutanckim klipem D.I.S.C.O., niedługo potem z równie energetycznym 20 Seconds. Przy tej okazji niejeden wpadał w zachwyt, dying to hear more from them. I to tyle, zapadła cisza. Zapewne dlatego, że nie było więcej klipów z wąsatymi tancerkami. Nie żebyśmy byli bez winy - sami zarżnęliśmy w odtwarzaczu dość obszerną zawartość konta grupy na SoundCloud, i... zapadliśmy w sen zimowy, całkowicie przegapiając wrześniową premierę całości. Niedobry queerpop...

Nie ma jednak tego złego. Płyta o znamiennym tytule 9:00 to 17:00, 17:00 to Whenever robi w styczniu równie piorunujące wrażenie. Początkowe obawy o nadreprezentację ilościową (14 kawałków) szybko się rozwiewają - podług własnego gustu skrócilibyśmy płytkę zaledwie o dwie odsłony. Z utworu na utwór robi się coraz ciekawiej, i gdy wreszcie (jako dziesiąty z kolei) rozbrzmiewa dobrze znany siglowy hit i płyta rozkręca się w finale parkietową galopadą, ma się wrażenie, że najciekawsze już było. Co więcej - chce się do tego wrócić.

Od samego początku uderza liryzm komputerowej muzyki. Kto zna dorobek Ivri Lidera, odnajdzie u TYP satysfakcjonującą dawkę charakterystycznej dla niego melodyki, często skontrastowanej z nagłymi wstawkami kakofonii. Sepleniąca angielszczyzna wokalisty doskonale komponuje się z całkowicie elektronicznym instrumentarium, najeżonym różnorodnymi beatami i samplami. Efekty i dźwiękowe atrakcje dawkowane są jednak z umiarem, czasem z zaskoczenia (muzyczne wolty w połowie piosenki), stosownie do dramaturgii utworów (dramaturgia w muzyce tanecznej? o tym za chwilę...).

Kiedy trzeba, Goldshtein atakuje uszy metalicznymi zgrzytami, to znów uderza w niemal radiowy pop - zwykle jednak nie na długo. Poszczególne kawałki stanowią zamknięte kompozycje, a jednocześnie płynnie komponują się w przemyślaną całość, gdzie bujana ballada przy dzwoneczkach doskonale sprawdza się w sąsiedztwie kawałków godnych mistrza Benassiego (ilość remiksów TYP potwierdza zresztą potencjał ich muzyki w tym zakresie). 

Także w warstwie tekstowej krążek jest konsekwentny i spójny. Jako diagnoza współczesności, zwłaszcza tej wielkokomiejskiej, do której i o której opowiada, płyta stanowi świadectwo więcej niż przygnębiające. Żyjemy w świecie powierzchownych kontaktów, w których liczy się pierwsze 20 sekund autoprezentacji, stały dostęp do internetu ale zwłaszcza, czy samemu się w nim zaistnieje. Dzisiejsze życie jest obowiązkowo ekscytujące, liczą się skrajne przeżycia, udokumentowane mocnymi zdjęciami, którymi perwersyjnie można upajać się na swoim palmtopie w samym środku nieświadomego tłumu.

Młodzi profesjonaliści to ludzie bywali w świecie, który defacto ich mierzi. W świetle klubowych neonów wyglądają na obowiązkowo zmęczonych, treść życia wysysają z emaili, przeżywają cudze emocje, bo sami są puści. I just wanna connect with you - śpiewają bezduszne autotunesy, bohaterowie Lidera nie komunikują się ze sobą, chyba że obrazami; podłączają się kompulsywnie do wciąż nowych ludzi, miejsc, ciał, by - gdy już wchłoną wszystko, co w nich powierzchownie interesujące - zmienić kanał w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń. Zagubieni w tej pogoni, bez żadnego realnego punktu zaczepienia, nie znajdują pociechy w łóżku, u psychiatry, ani kaznodziei. Poszedłbym do kościoła, gdybym wiedział, co to znaczy - śpiewa Ivri.

Oczywiście, zdaje sobie sprawę, za czym tak naprawdę goni. Otwierający album, zaskakująco liryczny kawałek With Me daje jeszcze cień nadziei na realizację wizji z sentymentalnego obrazka, ucieczkę do Kanady i ślub z ukochanym. Szybko jednak okazuje się, że uczucie rodzące się do mniej czy bardziej umownego Stevena to problem, który należy zostawić na boku, uciec jak wszyscy przed prawdziwie trudnymi decyzjami. W jednej z najpiękniejszych piosenek na płycie, Deserve, Lider podsumowuje: zasługujesz na więcej, kogoś, kto nie potrzebuje pić, by powiedzieć kocham, staram się, ale nie wiem, czy podołam. Kolejne odsłony nie pozostawiają wiele nadziei: dwadzieścia sekund ułudy właśnie minęło. When you give me love, I take it...

Jak na produkt z półki dance music, płyta zawiera wyjątkowo sporą dawkę drapieżnej melancholii na bazie refleksji, niekoniecznie optymistycznych. Wyraziste, hasłowe teksty podlane sporą dozą (auto)ironii diagnozują świat współczesnego emocjonalnego tułacza, głównie ten, do którego wypada aspirować, skontrastowany pustką z autentycznymi, ludzkimi potrzebami, wobec których zbyt często pozostajemy bezradni. Zapewne nie ma większego znaczenia, że diagnoza pada z punktu widzenia Lidera jako homoseksualisty, choć przy okazji używa sobie i w tym względzie - jak choćby w przewrotnym Family Values (family value I see in your eyes when I cum inside you).

Całość jest doskonale zrealizowana dźwiękowo (choć Lider mógłby mimo wszystko popracować trochę nad dykcją). Współczesne przemyślenia zyskały nowoczesną oprawę, mimo z pozoru ograniczonego instrumentarium (z żywych instrumentów jedynie perkusja i gitara) niezwykle różnorodną aranżacyjnie: gdy trzeba linearną, innym razem - wielopiętrową. Stosownie do treści, muzyka Goldshteina zaskakuje, drażni, zasmuca, rozrzewnia, bawi, w ostatnich odsłonach wybrzmiewa prawdziwie niepokojąco.

Bo tak naprawdę The Young Professionals nie znają odpowiedzi na żadne z pytań ani leku na rozterki. Wiedzą, że coś się musi zmienić - the future people are looking for something to hold, ale czekają jak wszyscy, póki co zatracając się w szalonych rytmach dobrze znanego D.I.S.C.O., Także i tu w afirmacji jednostkowego samouwielbienia.

My z niecierpliwością czekamy, co TYP zaproponuje w dalszej kolejności. Ta płyta jest już eksploatowana ponad miarę i obawiamy się, że nie wystarczy na długo...

Płyta 9:00 to 17:00, 17:00 to Whenever do odsłuchania w serwisie letras.terra.com.
Oficjalna strona zespołu: typband.com. TYP na Facebooku.

2011/12/25

Obiecanki cacanki, a playlisty nie było od zeszłej zimy. To zresztą zależy, kto co uważa za zimę, bo choć kolejna kalendarzowo zawitała kilka dni temu, to od lutego realnie się nie pokazała. Z okazji świąt, że urlop i że wyciszenie, i czasu trochę więcej, oto robimy lekki muzyczny remanent dźwięków elektronicznych. Tak, tak, miało być lirycznie i spokojnie, ale w takim wypadku musielibyśmy w całości wrzucić ostatnie propozycje Matta Albera albo Kasi Bush, które zasłuchujemy nonstopicznie i naprzemiennie.

Jako że wraz z końcem aktualnych świąt za chwilę rozpocznie się okres karnawałowy, proponujemy utwory jednak nieco skoczniejsze, począwszy od profesjonalnej demówki Studio Killers, którzy niechby w końcu popełnili całą płytę. Z aktualnych przecieków proponujemy nową Madge, za której wrzucenie do sieci jeden z jej hiszpańskich fanów idzie właśnie do kicia, a ze starszych - poniewczasie odkrytą Danii Minogue sprzed paru lat, która tu jeszcze bardziej niż zwykle brzmi jak własna siostra. Mniej pokornych reprezentują Fagget Fairies, bardziej ułożonych - Gotye. który w porywach wymiata jak Sting, a momentami nawet lepiej, bo oryginalny Sting jest już raczej tylko nużący.

Miłego słuchania!

2011/07/26


Nieco pospieszyliśmy się w tym roku z ogłoszeniem muzycznego lata i taka nas wszystkich za to spotkała kara - dzień bez ulewy to jakaś anomalia pogodowa, budząca co najmniej niepokój. Wprawdzie dzięki gwałtownym burzom nie można narzekać na brak energii w powietrzu, niemniej samopoczucie wielce zmienne, więc ratujemy się rytmicznymi kawałkami, które jeszcze jako-tako pobudzają nas do życia.
Zebrało się z tego czterdzieści minut muzyki, znów mocno elektroniczniej. Po zmyślnej jak zwykle przeróbce klasycznego hitu Marlene Shaw (pewnie już zauważyliście, że lubimy miksy tego pana?) kilku mniej lub bardziej queerowych artystów, o których zapewne powinniśmy kiedyś szerzej napisać, jeśli nie zapomnimy: pokręcony - choć tym razem dość grzeczny - Ssion (tu do pobrania cała płyta), nowe projekty: Bright Light Bright Light, The Young Professionals czy Oscar Meteor (wspominaliśmy wczoraj). Znalazło się i miejsce dla dwóch pań (mniej lub bardziej): Ellie Golding i Amandy Lepore. Nie widzieliście jeszcze? How come?


Najsłabiej w tym zestawie wypada kolejny taneczny wypad Matta Albera w słonecznej przeróbce klasyka EBTG. Mamy do niego jednak szczególną słabość wspartą nadzieją, że zapowiadana na jesień płyta w pełni zaspokoi głód dźwięków lirycznych. Zresztą tych, którzy już dosyć mają naszej syntezatorni uspokajamy - playlistę zamykają nieco antonowi w klimatach The Irrepressibles: słuchamy też inaczej, i tak też następnym razem zagramy...

źródło grafiki: Raymond for i-D, autor: Justin Borberly

2011/05/24



Zupełnie spontanicznie, ale właściwie jak na zawołanie i to z kilku powodów: chociażby po to, aby ucieszyć naszego Stałego Oczekiwacza Składanek (w skrócie HDS), wypełnić cokwartalną lukę w kwestii muzycznej, tudzież uczcić radosny fakt zyskania na fejsowym fanpejdżu pięćsetnego oglądacza. Kręci się coraz szybciej, wszystkim szczerze i wyszczerzenie dziękujemy :)
Bezpośrednim impulsem do sporządzenia listy - bo takowy zawsze jest niezbędny - stała się premiera w sieci najnowszego klipu z udziałem Kelly Rowland, na którą dotąd w internetowej przestrzeni nie zwracaliśmy szczególnej uwagi. W teledysku Kelly bardzo pozytywnie kojarzy nam się z młodą pra-królową disco, Donną Summer, tak w urodzie, jak i chwilami w wokalu. Kawałek uruchamia nóżkę z automatu, a później różne inne członki.

 Ale żeby nie być gołosłownym:





Poddani tak energetycznemu bodźcowi, wyciągamy z czeluści dysków, fejsa, archiwum bloga oraz pamięci kawałki, które nam się regularnie przewijały w ostatnich miesiącach. Uwagę Szanownych Państwa zwracamy na obecność takich tuz wykonawczych jak Grace Jones, Antony Hegarty, Roisin Murphy czy Patrick Wolf. Z mniej znanych polecamy produkcję węgierskojęzyczną, ewidentnie opartą na motywach ludowych (zakładamy dobrodusznie, że piosenka faktycznie jest o kwiatku).
Grajmy zatem:


Dla ciekawych - po kliknięciu na 'czytaj więcej' kilka kolejnych teledysków do utworów z listy. Oto pierwszy z nich (zupełnie nie wiemy, w co się uderzać za to, że nie pokazaliśmy go już dawno temu):






źródło grafiki tytułowej: Touched by the Moon by stupidHippo (zobacz całość na deviantArt)

czytaj więcej

2011/02/21


Wychodzi na to, że na muzyczne wynurzenia (a właściwie zestawienia) zbiera nam się tak raz na kwartał. I pewnie wystarczy, chociaż dzisiejsza PL nie jest taka znowu najświeższa - to kawałki, które w mniejszym lub większym natężeniu powracają do odtwarzaczy naszych urządzeń coś od grudnia. Ale w takim razie hasło 'zimowa' jak najbardziej zasadne :)

Uwadze Państwa polecamy szczególnie cover gagowego Telephone by Ivri Lider oraz liryczny powrót Duran Duran z Kelis w tle. Discodeine, Marca Ronsona, Niny Persson (tak, żyje) i Sparklehorse ze współudziałem Davida Lyncha reklamować nie trzeba, zwracamy więc jeszcze nieśmiało uwagę na 'stare ale jare' głosy Sinatry i Arethy Franklin w całkiem nowej, tanecznej oprawie. Miodzio.



Miłego tygodnia, za chwilę marzec :)

2010/06/22



To miał być miły zestaw wiosenny, ale oczywiście, zanim się wszystko dograło, zestawiło, ułożyło w odpowiednim porządku - nastało lato. No i zastało nas z przedziwną mieszanką staroci i nowości; megahitów i rzeczy nam samym ledwo znanych, a jednak lubianych. O sporej części z nich pisaliśmy w tym miejscu.

Zaczynamy jak zwykle wpół kroku, potem robi się przytupnie, by mniej więcej od połowy powoli pauzować i się wyciszać. Całość zamyka się w przepisowych siedemdziesięciu minutach, które dają bezproblemowo wypalić się na tradycyjnej płycie audio. Tylko kto w dzisiejszych czasach wypala płyty? Prosimy o kontakt, będzie bodziec do zaprojektowania okładki :)

Póki co zostawiamy Was sam na sam z Dido, Kylie, Robyn, Boyem, Tracey i innymi przyjemnymi osobami, co to grają i śpiewają. Niech się nam to lato leci :)



Playlista w całości dostępna będzie w tym miejscu tylko przez określony czas.
A komu się spodobało, zapraszamy do pobrania całości tutaj (archiwum ZIP, 110MB).