Obiecanki cacanki, a playlisty nie było od zeszłej zimy. To zresztą zależy, kto co uważa za zimę, bo choć kolejna kalendarzowo zawitała kilka dni temu, to od lutego realnie się nie pokazała. Z okazji świąt, że urlop i że wyciszenie, i czasu trochę więcej, oto robimy lekki muzyczny remanent dźwięków elektronicznych. Tak, tak, miało być lirycznie i spokojnie, ale w takim wypadku musielibyśmy w całości wrzucić ostatnie propozycje Matta Albera albo Kasi Bush, które zasłuchujemy nonstopicznie i naprzemiennie.
Jako że wraz z końcem aktualnych świąt za chwilę rozpocznie się okres karnawałowy, proponujemy utwory jednak nieco skoczniejsze, począwszy od profesjonalnej demówki Studio Killers, którzy niechby w końcu popełnili całą płytę. Z aktualnych przecieków proponujemy nową Madge, za której wrzucenie do sieci jeden z jej hiszpańskich fanów idzie właśnie do kicia, a ze starszych - poniewczasie odkrytą Danii Minogue sprzed paru lat, która tu jeszcze bardziej niż zwykle brzmi jak własna siostra. Mniej pokornych reprezentują Fagget Fairies, bardziej ułożonych - Gotye. który w porywach wymiata jak Sting, a momentami nawet lepiej, bo oryginalny Sting jest już raczej tylko nużący.
Trochę długo nic się nie działo na blogu - to wina nie tyle sezonu urlopowego, co pewnych niespodziewanych życiowych wydarzeń, którymi nie mamy zamiaru truć naszych PT Czytelników. Uspokajamy jednak - właśnie wracamy z wirtualnego niebytu do stałego harmonogramu aktualizacji. Na początek szybciutko podsumujemy ostatnie tygodnie na fejsie.
Jak można domniemać z obrazka powyżej, zyskaliśmy nową okazję do świętowania: 12 sierpnia, dzięki połączonym siłom sprzymierzonym oraz paru życzliwym osobom, liczba fanów naszego fanpejdżyka rzutem na taśmę przekroczyła 600 osób wszelkiej możliwej płci. Cieszymy się strasznie i jeszcze raz wszystkim od serducha dziękujemy.
Na polskim podwórku politycznym najpiękniej w ostatnim czasie namieszała sprawa młodego geja wybranego na sołtysa Leśniewa: najpierw opisana w Replice, potem w GW oraz Polityce. Dopiero Super Express dolał nieco dziegciu do morza słodyczy, jak to homoseksualista rządzący wsią dla nikogo z jej mieszkańców nie stanowi problemu.
Na deser zostawiliśmy klip do nowego kawałka artysty niepoważnego - Jonny'ego McGoverna, który tym razem wychwala zalety moli książkowych. Nieco fałszywie zważywszy, że w teledysku mało który z nich różni się wyglądem od modela:
Na początek to tyle. Miłego tygodnia, i do ciągu dalszego.
Wklejamy to z co najmniej trzydniowym opóźnieniem, bo za każdym razem gdy wejdziemy na stronę youtube, by skopiować kod, oglądamy ten skecz kompulsywnie do upadłego. Po przejrzeniu innych produkcji Charliego przyznamy, że w tej wizji przeszedł samego siebie:
Ileż tu perełek, gotowych haseł, rozmowa z najbardziej w tym zestawie chyba udaną Cher - powalająca. Nam nie wiedzieć czemu przypomniał się całkiem inny kawałek naszego własnego autorstwa, z prehistorycznej epoki przedgagoidalnej.
jeden z najpopularniejszych obrazków ostatnich kilku dni
Święta, święta - i po świętach. Tydzień w którym najpierw - według fejsbuka - na fanppejdżu ubyło nam prawie dziesięć obserwatorów, którzy szczęśliwie następnie nie tylko wrócili, ale przyciągnęli kilku nowych (m.in. dzieki obrazkowi powyżej). A może to dlatego, że chociaż stołeczne ulice wyludniły i odsamochodziły się już około wtorku, u nas wciąż sporo się działo (podobnie jak w rodzimej polityce), i zdążyliśmy pokazać nie tylko sporo nowych obrazków z naszej blogowej galerii GayEye, ale także m.in.
ojtam-ojtam, zdjęcie tygodnia nie musi być reportażowe. dziś 6 grudnia, pierwsze wejście Mikołaja :)
Tematem nr 1 w tym tygodniu - także u nas - były obchody Światowego Dnia AIDS. Żeby już nie zanudzać, tym razem zupełnie o czym innym.
W listopadzie ukazał się pierwszy numer warszawskiego, kulturalnego miesięcznika WAW, wydawany przez fundację Uptown dobrze znanego Mike'a Urbaniaka. Jeśli dobrze rozumiemy, z ambicjami; w każdym numerze pojawiać się będzie też tematyka LGBT. Cykl dużym kopem zainaugurował równie znany (albo i znańszy? znany inaczej?) dr Jacek Kochanowski, zadając odnośnie stolicy fundamentalne pytanie: dlaczego w Warszawie nie nawet zalążka gejowskiej dzielnicy? Oto kluczowe akapity artykułu Gdzie jest Soho?:
Nie ma dzielnicy, nie ma społeczności. Jest "branża" lub "środowiko". Oba terminy mają wydźwięk raczej pejoratywny. (...) Większość warszawskich lesbijek i gejów głęboko uwewnętrzniła antyhomoseksualną paranoję i gotowa jest zaciekle zwalczać na forach internetowych zwolenników "afiszowania się". Ideę miasteczka gej/les w Warszawie zapewne potraktowaliby jako co najmniej niesmaczną, kojarzącą się jedynie z gettem. Jej funkcję wspólnototwórczą zbyliby wzruszeniem ramion. Nie potrzebują wspólnoty, tylko świętego spokoju. A tę gwarantuje niewidzialność. Warszawa ma orientację seksualną. Warszawa jest porządnym, bogobojnym heterykiem. Czczącym pamięć swych bohaterów w kolejnych muzeach. Dogadzającym sobie stadionami, gdzie może ryczeć (...), upamiętniającym papieża Polaka kolejnymi pomnikami. Warszawskie lesbijki i geje, osoby bi- i transpłciowe świetnie się w takiej hetero-Warszawie czują. Wolą udawać przed sobą, że to jest także ich miasto. Wydarcie choćby kawałka przestrzeni miejskiej i urządzenie tam czegoś "swojego" wymagałoby przecież rezygnacji z wygodnej niewidzialności. "Afiszowania się". W Warszawie nie ma lesbijek i gejów. Dlatego nie ma warszawskiego Soho. I nigdy nie będzie. (czytaj całość)
Całość artykułu (oraz pierwszego numeru WAW) do przeczytania tutaj. Linkujemy dopiero teraz, bo wcześniej online udostępniona była wyłącznie część przedwyborcza, poświęcona kandydatom na prezydenta stolicy. Pismo w wersji drukowanej dostępne jest na Chłodnej 25 oraz w Bęcu przy Mokotowskiej 65. Fanpage na FB. Serdecznie zachęcamy!
Jak widać, tym razem bardziej było kulturalnie, niż politycznie. Na koniec zatem sześć minut słodkości w postaci montażowego klipu z męsko-męskimi tańcami:
I w tym - oraz mikołajowym - duchu: miłego tygodnia!
Miłego tygodnia...
zdjęcie tygodnia: kontrmanifestacje w czasie marszu narodowców w Warszawie (źródło: gazeta.pl)
Ubiegły tydzień zdominowały przygotowania do marszów 11 listopada, a później - relacje z ich burzliwego przebiegu. Wobec blokad przeciwników spod szyldu Porozumienia 11 Listopada, przemarsz połączonych sił faszyzujących ONRu i Młodzieży Wszechpolskiej skierowany został przez policję na inną trasę, i tam właśnie doszło ostatecznie do starć. Ofiarą zdarzeń padł m.in. Robert Biedroń, który po zatrzymaniu oskarżył policję o pobicie. Rzecz jasna rozwój wydarzeń komentowali obszernie blogerzy, oto kilka głosów:
Dazzlite: Gdyż jakkolwiek zgadzam się, że symetrii takiej nie powinno być, kontrmanifestacja antyfaszystów w przerażający sposób zbliżała się do symetrii właśnie. A skutki mogą być bardzo złe. (...) Ja też widziałem tych przeciwników MW. I też odniosłem wrażenie że to oni są faszystami. O narodowcach mówili oni: „trzeba wyplenić te chwasty” czy też „w tym mieście nie ma miejsca na te śmieci”. DOKŁADNIE te same słowa wypowiadali skini mówiąc o gejach przed EuroPride. Abiekt: Mam poczucie, że niezależnie od tego co się stało, wiele osób zaczęło się zachowywać nielogicznie. Prawo nie jest od tego by chronić "moralnie wyższych", a od tego by chronić wszystkich. Hipokryzja polega na tym, że jakoś nikt do tej pory nie przyglądał się "delikatności" zatrzymań przeciwników parad, ale gdy nas to dotyka - jest krzyk. Należy pamiętać, że policja też pracuje w stresie... to są ludzie, nie faszyści - jak by chciała Antifa. Zapominamy też o tym, że de facto policja mogła zatrzymać wszystkich, którzy znajdowali się na nielegalnej demonstracji. Z tego co wiem nawet nie wylegitymowano jej uczestników i uczestniczek. To akurat umyka komentującym.
Zmyślnik: Jeszcze ta kwestia rzekomo symetrycznej przemocy. Na kogo polują narodowcy? Na wszystkich za wyjątkiem innych narodowców i "nieuświadomionych mas" - materiału do konwersji na "masy uświadomione" i narodowe. Może jestem naiwny - ale nie wydaje mi się, by cokolwiek podobnego miało miejsce w przypadku anarchistów. Tak, darzą oni niechęcią faszystów. Jasne - wierzę, że jak w każdej ludzkiej populacji znajdą się wśród nich bydlaki, gotowe pobić gdy im się napatoczy ktoś "z przeciwnego obozu". Tylko ten "przeciwny obóz" w przypadku narodowców jest niewspółmiernie większy.
Emocje wrzały nie tylko na forach prasowych, ale także na FB, gdzie ze swojej strony skontatowałem m.in. ze smutkiem:
nie ma zwycięzców. marsz się odbył, na nim też zgromadzili się ludzie, którzy są przekonani o sukcesie. że mimo zadymy lewaków i zboczuchów dotarli gdzie chcieli. we własnej głowie każdy może być zwycięzcą. problem w tym, że wielu narodowców przychodzi z tym samym przekonaniem, i z tym samym wychodzi. i trochę nie mamy na to wpływu, niezależnie od tego, ilu ludzi siądzie na tym asfalcie (całość dyskusji tutaj)
Sprawa Roberta Biedronia i pobić przez policję trafiła do prokuratury, ma również zostać zbadana przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Przebieg akcji policyjnej, jak również udzielenie przez władze stolicy zgody na przemarsz parafaszystowskich organizacji, skrytykowany został przez organizacje praw człowieka, m.in. fundację helsińską oraz polityków lewicowych. Wydarzenia warszwskie podsumowane zostały także w niedzielę podczas dyskusji w siedzibie Krytyki Politycznej.
Wobec powyższego trudno się dziwić, jak nieliczne okazują się pozostałe queerpopowe 'wrzuty' na FB zeszłego tygodnia:
pierwszy przeciek z pośmiertnej płyty Michaela Jacksona - singiel Breaking News.
zdjęcie tygodnia: kolejny sensacyjny outing w brukowcu.
Ubiegły tydzień upłynął na Fejsbuku pod znakiem szaleństwa zatytułowanego Gosia & Ewa in the Air - chyba nie trzeba już nikomu przypominać o obowiązku codziennego głosowania na polskie dziewczyny? Ale przypominamy, bo został już tylko tydzień do rozstrzygnięcia konkursu, warto się więc trochę przyłożyć. Kto nie wie, czemu, niech czyta tu.
Niemniej zdarzyło się też kilka innych rzeczy, oto niektóre tematy:
Barwne cytaty z niepoprawnych wypowiedzi Tony Curtisa, z taką oto próbką: gdy przybyłem do Hollywood w 1948 miałem 22 lata (...) robiłem to z wszystkimi: kobietami, mężczyznami, zwierzętami! Podobało mi się.
Artykuł Dominiki Buczak o outingu w Polsce, Homofob wykopany z geja, wykopany z poprzedniego numeru Przekroju.
Październik Miesiącem Historii LGBT, tym razem z takimi gwiazdami jak Rufus Wainwright, Tom Ford, Cynthia Nixon, Matthew Mitcham, ale nie tylko.
Oprócz tego sporo się działo muzycznie.
Linkowaliśmy do chwytliwych kawałków: Barbra Streisand tandemu Duck Sauce; wyciszonego coveru hitu Wonderful Life Hurtsów - Kylie na żywo dla BBC; remixu dżordżmajkelowego I Want Your Sex autorstwa tandemu Freemason's z okazji reedycji albumu (odłożonej chwilowo z uwagi na osadzenie wokalisty).
Naszym muzycznym faworytem tygodnia pozostaje jednak mashup wokalu Arethy Franklin z kawałka Save Me z przebojem OMD, poczyniony z okazji come-backu przez tych ostatnich:
Żegnamy się tradycyjnie wybranym obrazkiem z galerii QueerPop Daily.
Stosownie słonecznym do rozpogodzonej pogody:
No i jak zwykle apel do niezdecydowanych: zapiszcie się wreszcie na listę naszych fanów!
Dziękujemy z góry.
Nagrodę 'Fotoszop Tygodnia' jak zwykle otrzymuje nieśmiertelna Madonna, której fani - jak widać - nie zasypują swojej królowej w popiele. Wprawdzie Afrodyta to też bogini, ale sama Bogini, jako pojęcie nadrzędne, nie wymagające dalszych doprecyzowań, brzmi dużo dumniej.
Ale my nie o tym, tylko o muzyce. Tym razem z gatunku 'utwór dotychczas nie publikowany' bądź 'poniekąd nieoficjalny', a tak naprawdę 'wypuszczony w neta dla podtrzymania zainteresowania odrzut z produkcji ostatniego albumu, na który fani rzucą się jak sępy na żer'. Broken przynajmniej od tygodnia robiło rundkę na jutubie. Skoro znaleźliśmy przyzwoitą z niego empetrójkę w jakości 320kbps, w dodatku możliwą do natychmiastowego pobrania, bylibyśmy bezduszni, nie linkując:
Swoją drogą ciekawe, ile nieopublikowanych utworów kisi jeszcze w zanadrzu Madonna & Co. i kiedy doczekają oficjalnego upublicznienia. Jacko pozostawił po sobie ponoć 100 nieznanych piosenek, co wystarczy na kilka kolejnych, zzagrobnych albumów, i drugie tyle składanek, z których jego dzieci żyć będą dostatnio jeszcze długo po śmierci pazernych dziadków.
Dziś przeszłość nie aż tak odległa, bo zaledwie - ekhm - 25 lat wstecz.
Na tę okoliczność wygrzebaliśmy z przepastnych zasobów internetu okładkę amerykańskiego pisemka Rock Video (chyba już nieistniejącego i nie dziw, bo kto pamięta, co to jest 'video'?!?). Oczywiście wybraliśmy ten skan dlatego, że Madonna z lizaczkiem zapowiada swoje historie z mężczyznami, i jak to się po nich wspinała do celu tak skutecznie, że niejeden do dziś pozostaje emocjonalnym trupem. Zwracamy uwagę, że były to czasy, kiedy jeszcze przebarwienia na czole wokalistki mogły pojawić się niewyretuszowane on the cover of the magazine, dzięki czemu wygląda dziś o niebo lepiej, niż wtedy.
Ale to w ogóle były inne realia. Naszą uwagę przykuł na przykład górny róg okładki:
Oto Corey Hart, słodziaczek z Kanady, robiący podówczas za słodkogłosy sercołamacz nastoletnich serc sezonu, musi bronić się przed podejrzeniami o gejowstwo bo - uwaga! nosi kolczyk. Próbowaliśmy wyguglać, jak konkretnie w tym wypadku się wybronił, ale nadaremnie - afera utonęła w internetowej przestrzeni na dobre. Wiemy za to, że Corey ostatecznie skończył z dwoma żonami i jakimiś dziećmi, chociaż to - jak wiadomo - nie przesądza o niczym.
Rozczuliliśmy się jednak nieco, bo to w ogóle były czasy, kiedy w nastoletnich czasopismach pytano fanów o zwyczaje idoli w w takich ankietkach, skąpe fakty zbierało się w taki sposób, a kontakt z gwiazdą następował jednostronnie za pośrednictwem tradycyjnej poczty, przez box w wytwórni muzycznej. Wtedy jeszcze pytano młodych piosenkarzy, czy nie krępują się śpiewać o intymnych uczuciach.
Z drugiej strony mieliśmy niedawno okazję przejrzeć książkę, traktującą o tym, jaką rolę w ewolucji społecznej akceptacji homoseksualizmu odegrał młodzieżowy magazyn Bravo. Uderzyło nas zestawienie dwóch nagłówków z wydań, które dzieliło ponad dwadzieścia lat: poza nazwiskami i jakością zdjęć nie różniły się niczym. Jeden zapytywał dramatycznie: 'George Michael - ist er wirklich schwul?' (tak-tak, drogie dzieci, kiedyś nie było jeszcze wiadomo), drugi - 'Zac Efron - ist er wirklich schwul?'
Madonny walka z czasem trwa, i w dużej mierze Magde wychodzi z tego starcia zwycięsko. Regularnie pojawiają się zdjęcia 'kompromitujące' ikonę biznesu, ale czy ikonę da się skompromitować? Jak pokazuje przykład Michaela Jacksona, kompromitacja może wręcz legnąć u podstaw ikony, choćby nie wiadomo jak sztucznej.
Madonna aż taka sztuczna znowu nie jest. Technikę ukrywania niedoskonałości wypracowała latami konsekwencji, a technologia też nie pozostaje jej dłużna, bo ona akurat z wiekiem coraz sprawniejsza.
Co widać na załączonym obrazku...
W poniedziałek polska prasa wciąż o koncercie.
Niezależnie od skali entuzjazmu, wszyscy podkreślają niejaką bezduszność scenicznej machiny. Najkrytyczniejsze w tym względzie okazało się chyba Życie Warszawy:
Najboleśniejszy był jednak deficyt żywiołowości, niewykalkulowanego zaangażowania, czegoś, co wyznaczyłoby granicę miedzy artystą a produktem.Cóż z tego, że na bemowskim lotnisku pojawiło się 80 tysięcy ludzi, skoro ich sznur ciągnął do wyjścia jeszcze podczas trwania utworu „Give It 2 Me”. Widzowie – znając program widowiska z Internetu – wiedzieli, że na bisy nie ma co liczyć. I bez specjalnego skrępowania pokazali Madonnie plecy.
Jednocześnie wszyscy też nadmieniają: to właśnie polskim fanom udało się na chwilę wsadzić serducha w tryby i zatrzymać walec. Wydarzenie poprzez relację Associated Press przebiło się m.in. do serwisu BBC, a zapis z machania i śpiewów wylądowała na oficjalnej stronie Królowej Pop. Wyborcza kwituje:
Można jej wierzyć albo traktować te słowa jak jeszcze jeden element gry, którą prowadzi z fanami. Ale już sam fakt, że na chwilę role się odmieniły i że to nie Madonna, ale jej polscy fani przez moment byli gwiazdą tego koncertu, sprawia, że jej warszawski występ był wyjątkowy.
Nie bylibyśmy pewni i tego.
Na innych koncertach po wykonaniu You Must Love Me, Madonna wręcz tonęła we łzach. Zapewne równie spontanicznych.
Mija doba od zakończenia (nie)sławetnego koncertu, a emocje wciąż nie opadają.
Nie sposób wręcz rozmawiać o czymś innym, niż Królowa Popu, a z rozmów wyłania się powoli całościowy obraz występu.
Żeby nie zanudzać, oto queertunesowe refleksje w skrócie:
Bilety: swobodnie dostępne w dniu koncertu, jeszcze godzinę przed rozpoczęciem koniki machały karteczkami przy wejściu. Kto sprytniejszy, zakupił tani bilet około 16.00, by dwie godziny później zaklepać miejsce pod samą sceną. Histerie na punkcie zakupu w pierwszą noc sprzedaży jawią się w tym kontekście jako przekomiczne. Wejście: wrażenia różne. Chwilami zatory, chwilami bardzo sprawne, kontrola bagażu niemal zerowa. Największy żal - tylko jedno wejście, można było spokojnie obsłużyć te tłumy kilkoma. Informacja też nieszczególna, skoro ludzie byli zawracani kawał drogi tylko dlatego, że muszą po wejściu pobrać jeszcze stosowną do sektora opaskę na przegub. Trybuny: stosunkowo daleko od sceny, co nawet VIPy odczuły na własnej skórze. Scena: Pierwsze wrażenie - mała. Niestety, w trakcie show potwierdziło się w pełni. To samo dotyczy niestety rozmiarów telebimów. Zwisające po bokach szmaty z symbolem "M" mimo cekinków powiewały jak tandetne zasłonki. Kto naoglądał się rozmachu Confessions Tour, mógł się poczuć zawiedziony. Support: celowo nie podamy ponownie światowego nazwiska pana, który całkowicie się zbłaźnił, puszczając doskonale znane remiksy innych. I po co, skoro publika już się nieco rozgrzała, była komu jeszcze potrzebna godzinna przerwa przed wejściem Gwiazdy Wieczoru...? Pogoda: po pół godzinie koncertu gwiazdy świeciły już nad głowami publiki jak się patrzy. Niestety, temperatura gwałtownie spadała, co zaowocowało zmarzliną na trybunach i przeziębieniami u skaczących. Nagłośnienie: bardzo przyzwoite. Czysty dźwięk, słyszalne wszystkie warstwy muzyczne, także pod kątem z trybun. Chociaż, jak się słyszy, dla niektórych nawet w strefie golden circle i tak było nieco... za cicho. Timing: niezły. M. ostatecznie zaczęła o 21.25, plasując się pomiędzy oficjalną 21.00, a 21.45, którą w porywach anonsował TVN. Koncert trwał bez kilku minut całe dwie godziny. Strona wizualna: Doskonałe zastosowanie technologii, zwłaszcza na tak małej scenie. Mnóstwo świetlnych elementów, rozmontowywanych i przesuwanych, czasami stających się wręcz elementami choreografii. Doskonałe pomysły na wprowadzenie na scenę Wielkich Nieobecnych: Timbalanda czy Justina T. Wszechstronne zastosowanie poruszającej się w pionie, świetlistej tuby, w której znikała i pojawiała się tak Madonna, jak i przedmioty rozmiarów fortepianu. Strona muzyczna: większość kawałków w nowych aranżacjach, co zwykle niestety nie zrobiło im dobrze. Koszmarna wersja La Isla Bonita (nie przez Cyganów, którzy porwali publikę chwilę później). Bardzo na plus: Like A Prayer, Frozen. Całkowity brak kawałków z Confessions on the Dancefloor. Generalnie dowód na to, jak genialnie sprawdził się aranżer poprzedniego tournee, Stewart Price. Cyganie: w większości recenzji światowych - najsłabsza i najbardziej odstająca sekwencja show. Polską publiczność rozbujali pięknie, zwłaszcza swoim numerem bez udziału Madonny, co mówi samo za siebie. Publiczność: w ogromnej większości statyczna, co doskonale widoczne było z trybun. Poza szaleństwami w oświetlonej na fioletowo strefie przyscenicznej, masy ludzkie stały zupełnie nieruchomo. O trybunach nie wspominamy, bo one w ogóle nie prowokują do tanecznych szaleństw. Tłum ożywił się zaledwie kilka razy: przy wstawce poświęconej ś.p. Jacksonowi, gdy Magde apelowała clap you hands, oraz podczas zejścia M. do publiczności czy m.in. Ray of Light. Efekty świetlne: oczywiście doskonale zsynchronizowane. Obecność pod samą sceną nie pozwalała na ogarnięcie całości, tymczasem nieruchome morze głów publiczności także stanowiło ważny element kompozycji - światła reflektorów układały się na widowni w piękne wzory, które stanowiły dopełnienie wydarzeń w pudle sceny. Te zresztą też ujawniały swą urodę i zamysł artysty dopiero z odległości - co z bliska wyglądało jak tysiące migających żarówek, z daleka składało się na idealny obraz płomieni lub strumieni wody. Dramaturgia: Wszystkim zorientowanym doskonale znana i - co akurat smuci - doskonale przewidywalna. Kiedy pojawi się klip z Brit, kiedy w tle zaśpiewa Annie Lennox, kiedy Madonna zacznie się tarzać, a kiedy wyciągnie skakankę. Spontana na scenie wyreżyserowana do najmniejszego drgnięcia, może dlatego drgnięcia darowała sobie publiczność. Choreografia: w dużej mierze oparta na charakterystycznym miotaniu się w pionie i poziomie, z zarzucaniem włosów na prawo i lewo. Naliczyliśmy też sporo ocierań i rozkroków, ale to przecież też wiadomo. Artystka w doskonałej kondycji ruchowej, doskonale słyszalnej w momentach, gdy śpiewała na żywo. Highlights: dla Redakcji najbardziej poruszająca była sekwencja folkowa (co zaskakujące, bo nie znosimy takiej muzyki), zwłaszcza, że zaraz po nim nastąpiła najbardziej 'warszawska' część koncertu, z osławionym już przez wszystkie redakcje odśpiewywaniem sto-lat oraz osobistym podziękowaniem i 'zwierzeniem' piosenkarki, zwieńczonym zaskakująco miłym wykonaniem You Must Love Me.
Kto jeszcze nie wie, o czym mowa, proszę bardzo:
Za najdowcipniejsze wydarzenie uznajemy prośbę jednego z widzów, ADOPT ME!, wyartykułowaną na jednym z urodzinowych serc, a widoczną na telebimach przez kilkanaście sekund. Sarkastyczno-błagalny ton nagrodzony został oklaskami.
Poruszająca okazała się także sekwencja, nawołująca do zastanowienia się nad wszelkim złem tego świata. Smutne tylko, że te parę minut wypadło akurat pod nieobecność Głównej Aktorki na scenie. Takich momentów było więcej. Wpadki: zasadniczo nie odnotowano, poza zgaśnięciem na 2 minuty telebimu na tylnej ścianie sceny po problemach technicznych z obrazem. Pomyłkę artystki, przekonanej że wciąż jest w Czechach, sprostowano już w fazie prób. Powrót: podobno koszmarny. Kto nie załapał się na pierwsze tramwaje i autobusy, względnie nie złapał taksówki, tkwił na Bemowie nawet do trzeciej w nocy. Wrażenie ogólne: na wskroś profesjonalne, co niestety oznacza również, że przewidywalne widowisko. Światowy poziom, najwyższe technologie, koszmarny wysiłek wykonawców. W tej tanecznej miotaninie i galopującej paradzie remiksów, zabrakło nieco spontany i emocji. Te można było poczuć zapewne jedynie wdychając woń spływającego w pocie czoła podkładu Madonny pod samiuśką sceną. Niestety, piski zachwytu stamtąd nie dotarły zbyt daleko.
I po wielkim wydarzeniu.
Więcej na temat Szalonej Nocy wieczorkiem, póki co, linkujemy do relacji, która chyba trafiła w nasze odczucia najdobitniej.
Jak pisze dzisiaj Interia:
Publiczność nie została porwana tym koncertem, tłum nie falował, nie tańczył, nie oddawał się emocjom. Jedynie utwory "Holiday", "Miles Away", "Like A Prayer" i "Ray Of Light" były w stanie wyrwać publikę z marazmu, ale nawet w trakcie wspomnianego "Ray Of Light" zapału starczyło na połowę piosenki. Przedziwnie wyglądało z trybun kilkaset metrów mnóstwa nieruchomych postaci na koncercie pełnym przebojów.
To już nie noc cudów, a caluśki weekend!
Pierwsze desanty pedalin zaatakowały dworce, a potem hotele i znajomych już wczoraj po południu, pod wieczór tęczowa fala godna parady wylała się na Krakowskie Przedmieście i po innych traktach miejskich, a kluby do rana pękały w szwach.
Ekscytacja sięga zenitu. Nie będziemy się tu rozpisywać o każdym pierdnięciu Madge, która o 17.30 wylądowała na Okęciu, bo to doskonale robią za nas inni :D Dzisiejszy wieczór to nie tylko rewolucja w pedalskich sercach, ale przede wszystkim - w życiu miasta, które pod tę okoliczność przebudowało całe rozkłady jazdy (zamiast ulic, bo na to akurat było za mało czasu) oraz program popkulturalny, obfity jak nigdy.
Problem w tym, że samemu pojawieniu się ikony na Polskiej ziemi zaowocował także niezliczonymi imprezami towarzyszącymi, raz - że wykorzystującymi potencjał nazwiska na korzyść każdego klubu czy knajpy, która zorganizuje odpowiedni wieczór, dwa jednak - dający możliwość zabawy z Magde w tle nawet tym, którzy z różnych względów na sam koncert nie pójdą.
My po długich analizach doszliśmy do wniosku, że wszędzie być nie można. Najbardziej żałujemy, że nie dojedziemy do Hydrozagadki, ani obejrzymy w związku z tym Gaby Kulki śpiewającej repertuar Madonny na Chłodnej 25. Za to nie darujemy sobie z pewnością afterparty, które dzięki mózgom przybytku na Pankiewicza 3, przybrało formę klasycznego voguebalu, gdzie każdy znajdzie z pewnością pięć minut na prezentację swojej choreografii.
My też, dlatego tam nas dziś szukajcie. Strike the pose, niech moc będzie z nami!
Zaczyna się nowy tydzień, i nie sposób chociaż pokrótce nie podsumować przedkoncertowego szaleństwa madonnowego. Trudno ocenić jego faktyczną skalę, skoro jeszcze 2 tygodnie temu udało mi się całkiem bez problemu za normalną cenę kupić w EMPiKU bilet w sekcji golden circle. Natomiast medialnie na pewno dzieje się sporo.
Dokładnie w tym samym momencie pod koniec lipca, pojawiły się przecieki co do kształtu kolejnej składanki the best of Madonny, internet kapał po kolei projektem okładki, 30-sekundowym fragmentem tytułowego singla, trailerami składanki, potem remiksami, by wreszcie tydzień temu rozgrzany do czerwoności rynek mógł wchłonąć najnowszą produkcję tandemu Magde - Paul Oakenfold. Kto jakimś cudem nie słyszał - proszę bardzo:
I cóż, tak do końca to nie podoba nam się ani jedno, ani drugie.
Okładka koncepcyjnie pięknie, warhalowski collage dwóch fotek, dzięki któremu Madonna wygląda jak skrzyżowanie Marleny Dietrich z Marilyn Monroe, z niejakimi oznakami wodogłowia. A może to ten wyraz pustki na twarzy, skrzętnie wydobyty przez artystę, tak nas zmylił?
Treściowo - niewiele lepiej. Typowe brzmienia dj'a O., towarzyszącego artystce podczas tournee, niewiele pomagają. To znaczy, oczywiście, dobrze się to tańczy na parkiecie, ale wymuszony charakter święta, muzycznie noszącego niestety głębokie piętno zblazowania, sprawia, że szału nie ma. Nawet biedny Benassi nie bardzo wiedział, co wycisnąć z tego kawałka, może dlatego jego remiks dostępny był w sieci za darmochę.
Co do samej płyty - cóż. O ile ktoś kolekcjonuje zestawy Największych z Największych Przebojów, edycja 32,5- pozycja jak najbardziej obowiązkowa. Nie wątpimy (chociaż nie śledzimy), że ukaże się w kilku alternatywnych wersjach specjalnych. Fani są cierpliwi, a rynek ogromny - sprzeda się najpóźniej na gwiazdkę.
Na szczęście zagorzali didżejofani nie dają się zrazić, i przygotowują propozycje alternatywne.
Dopiero co pisaliśmy o niespożytej energii tej pani, a już wyskakują kolejne atrakcje.
Z okazji wydania swojej sładanki The Annie Lennox Collection, wokalistka poprosiła jednego ze specjalizujących się w muzycznych krzyżówkach vjów o nietypowe podsumowanie swojego solowego dorobku w jednym kawałku.
Tzw. mashupy to nic nowego, jednak chyba po raz pierwszy doszło do połączenia tylu kawałków jednego artysty naraz, w dodatku z towarzyszeniem równie idealnie zmiksowanego teledysku. Oparty na sekcji rytmicznej Little Bird, remix przywołuje największe hity Anki: Why, No More I Love You's, Walking On Broken Glass, Whiter Shade of Pale, Something So Right, aż po Dark Road, czynawracający motyw z najnowszego Shining Light.
Jeśli dorzucić do tego efektowne wstawki filmowe z Precious, czy jeszcze z czasów Eurythmics (fragmenty tego, tego, a zwłaszcza tego), wizualno-muzyczna przyjemność będzie ostateczna... No i jest do czego zatańczyć...
No ale czemu się dziwić, skoro mamy do czynienia z mistrzem muzycznego kolażu, który kreatywnie łączy dokonania tak różnych gejowskich div, jak Madonna, Cher i Whitney Houston...
W tym wypadku różnica nas bawi i stanowi jednoznaczną odpowiedź na powracające jak bumerang pytanie, czy wybieramy się na ten koncert w sierpniu.
A pan na zdjęciu to połowa duetu Mitchell & Webb, który występuje m.in. w tym komediowym serialu, do niedawna na tym kanale. Ale jako pan.
Oto nowe dziecko tanecznej elektroniki. Boyde pochodzi z Włoch, ale jego ambicje sięgają wiele dalej. Niestety, do Ameryki bez wizy nie wpuszczają, więc - kto wie, czy nie szczęśliwie - pierwszego producenta dla swoich solowych projektów znalazł w Londynie.
Póki co na swoich stronach prezentuje kilka okołosinglowych kawałków, w których wyraźnie rysują się jego fascynacje muzyczne.
Pierwszy kawałek, do którego powstał klip, Are You a Boy or a Girl, właściwie w całości opiera się na klasycznej linii basu z eurythmicsowego Sweet Dreams (Are Made of This) z 1983 r. (a propos, czy ktoś pamięta jeszcze tę pierwszą inscenizację telewizyjną...?)
Z kolei w najświeższym, Closer, Boyde pokazuje, że świetnie odrobił lekcję z Madonny, póki co z okresu gdzieś między Music a American Life.
My - jak zwykle przekornie - puszczamy inny kawałek, hipnotyczne Kissing, w którym Boyde objaśnia fanom, co najbardziej fascynuje młodego chłopaka w Londynie: music, dancing, cruising, kissing...
Boy's got to do, what boy's got to do... to you. And guess what? I LOOOOVE it...
Wokół outingów, w tym tygodniu:
Jakby mało było sensacji, Amy Whinehouse podejrzana została o lesbijskie ciągoty do obcych kobiet.
Z kolei wokalista Babyshambles, Pete Doherty, próbuje chyba przekazać coś światu pocałunkiem piłkarzy w swoim najnowszym teledysku, który nie dziwi tak wobec zdjęć, do jakich pozował w przeszłości (patrz powyżej).
Także zdjęcia (w dragu i bez) zdradziły kolejnego finalistę amerykańskiego Idola.
Cycatka Wszechczasów, Dolly Parton, tłumaczy się w CNN, że nie jest lesbijką.
Hugh Jackman się nie tłumaczy, za niego mówi żona...
RuPaul idzie jak burza, zamiatając wszystkich swoimi perukami: najnowszy singiel króluje na iTunes i Billboardzie, a Drag's Race jest nawiększym hitem Logo! w historii stacji. Do jednego z kawałków powstał też quasi-teledysk, relacjonujący przebieg nowojorskich prostestów przeciw Prop 8.
W najnowszym teledysku Jamiego Foxxa pojawiło się gościnnie stadko uznanych aktorów, ze słodkim Jackiem Gyllenhallem na czele. Powiada się także, że wystąpi niedługo w remake'u musicalu Damn Jankees z lat 60., w którym przyjdzie mu skakać do klasycznych choregorafii Boba Fosse u boku Jima Carreya. Czy taki duet obsadowy ma coś wspólnego z faktem, że obaj zagrali niedawno gejów...?
A propos musicali: po co zwlekać z przeniesieniem na scenę dopiero co obsypanego Oskarami Milionera z ulicy?
Madonna to ma dobrze, nie ma dnia, żeby coś o niej nie napisali.
Spędza zimowe wieczory w ramionach chłopca, tak gorącego, że nawet szalika nie musi nosić. Cyndi broni związku, słusznie odwracając proporcje pytaniem, ilu starych capów obnasza się z nieletnimi panienkami.
Z kolei Tony Ward przypomina mimochodem wspólne fotki z Madge sprzed osiemnastu lat.
Łyżką dziegciu stały się doniesienia o nastrojach Guy'a Ritchie wobec małżonki.
Pete Wentz ma wizje Johnny Deppa oraz śmierci z rąk mordercy, w związku z czym nie otwiera nikomu drzwi.
Po kilku miesiącach działalności zagramy wreszcie Madonnę :D
Rzecz jasna nie tak banalnie i standardowo: jako hit dnia proponujemy demo piosenki, nie wciągniętej na playlistę tanecznego klasyka, Confessions on the Dancefloor. Triggering Your Senses szczęśliwie nie brzmi jak demo, jest nośne, chwytliwe i odpowiednio rytmiczne, więc doskonale nadaje się na marcowe spacery ze słuchawkami na uszach.
Doczekało też montażowego teledysku:
A wszystkim tym, którzy otarli już łzy radości dwadzieścia minut po północy dnia pamiętnego, kiedy to zakupili bilety na sierpniowy megashow w Warszawie, życzymy słodkich snów. Takich na przykład, jak ten o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia back-back-back-back-stage:
A że raczej marne szanse, zaśpiewajmy raz jeszcze: deeeeeeeens... jour onli trigerrrrin jourseeeeeenys...