Max kontratakuje. Niespełna rok temu ujął wszystkich romantycznym acz nowoczesnym albumem "По Фрейду/On Freud" (parę słów na ten temat), a już w listopadzie powrócił do tanecznych rytmów kawałkiem "Хочу танцевать/I Wanna Dance" (nie mylić z tym densem). Nowy rok 2015 przywitał w ukraińskiej tv coverem rosyjskojęzycznego klasyka z przełomu wieków, "Снегом Стать".
Przyszedł czas na klip do najnowszej produkcji, w którym wprawdzie snuje się ta sama rusałka, ale ze zdecydowanie odmiennym emploi: po ciuchy rodem z lat 80. i 90. ekipa pofatygowała się do second-handów w Berlinie. Dla pogłębienia efektu reżyser Alan Badoev nakręcił teledysk prehistoryczną kamerą S-VHS. Efekt jest stosowny:
Łezka się w oku kręci na widok niektórych kreacji (okulary!), nie tylko dlatego, że wróciły szeroką, post-ironiczną falą do wielkomiejskiej mody. Muzycznie kawałek jest odpowiednio chwytliwy, wizualnie ujmujący, do czego zapewne przyczyna się fakt, że Max pokazuje się w nim z muffinkami i pizzą w miejscach intymnych.
I tylko z tyłu głowy telepie się myśl: pół Ukrainy w stanie wojny, a rynek muzyczny - uroczo się kręci, jak gdyby nigdy nic.
Tak sobie wzięło i chwyciło przed-walętynkowo, i tłucze się w głowie do dziś. Może dlatego, że mamy słabość do lekkich, elektronicznych brzmień w stylistyce lat 80., z wiodącym tekstem "take my piss now, swollow" - takie małe perwersyjne, androgyniczne pop-zabawy prosto z Szwecji, które - jakże zwięźle - podsumował na fejsie profil Boy of the day: how much are you queer?
Zaczęło się od Maxa i jego powrotu z pięknie nastrojową płytą (po części po ukraińsku), która poszybowała w rosyjskojęzycznych iTunesach na szczyt tuż przed wydarzeniami Majdanu. Wtedy też pojawił się jeden z konsekwentnych klipów do tej płyty, która najwyraźniej zostanie sfilmowana w całości:
To była ożywcza odmiana po bombastycznych produkcjach, do których kręcono klipy, próbujące rozmachem przebić Thriller Jacksona - o ile udało się to inscenizacyjnie (zombie sprzed 30 lat naprawdę były nieszkodliwe), to muzycznie Max eksplorował przeludnione niższe półki zachodniej muzyki dance. Nowa płyta jest ludycznie nastrojowa, spójnie pomyślana, tak dźwiękowo jak i wizualnie, dobrze zaśpiewana, a przy tym nowocześnie wyprodukowana - kto ma czas, zachęcamy.
Potem już poszło z górki. Zafrapowani, co też jeszcze produkuje się za wschodnimi granicami, rozpoczęliśmy eksplorację portali 'empetrójkowych' (szcególnie polecamy półoficjalny zajcev.net ze świetną apką na Androida) a na jutubie - muzycznego kanału Ello (rosyjskiego odpowiednika Vevo), gdzie wydłubać można przedstawicieli wszelkich nurtów: ociężałe minogi, udane morcheeby, ciekawe taneczne negliże lub zdolnych i niebrzydkich panów:
Efektem orania wśród nagrań sentymentalnych, wsiowatych, estradowych oraz żenujących (niektóre opinie o rosyjskiej muzyce popularnej się jak najbardziej potwierdzają), jest dzisiejszy, pierwszy zestaw piętnastu debeściaków, od tygodnia okupującym naszą empetrójkę oraz umysły (za wkład w układ i inne takie serdecznie dzięki kierujemy do M.). Pełna playlista dostępna w serwisie Podsnack, a my nieraz pewnie jeszcze wracać będziemy do ciekawych rosyjskojęzycznych młodych wykonawców (spora ich część zresztą nagrywa również po ukraińsku).
A zanim popadniemy w niewesołe refleksje (artykułowane tu także w ubiegłym tygodniu) o korelacjach kultury i muzyki popularnej z kwestiami i sympatiami politycznymi, zarzucimy na deser parę minut odmóżdżającego dragu i męskiej golizny. Bo nie zapominajmy - Conchita Conchitą, a na Eurowizji były już przed nią nie tylko egzotyczna Dana International, ale także swojska Verka Serduchka.
PS. W roli Julii w nagłówka naszego posta wystąpił nieoceniony Pavel Petel.
Conchita hasłem tygodnia, samymi odsyłaczami do opinii i odgłosów (nie tylko paszczą) zapełnić można pół szpalty. Świeżo wyklute partie polityczne w naszym pięknym kraju nie znajdują lepszej pożywki do swej działalności, jak żądanie od Eurowizji zmiany regulaminu głosowania. Aż szkoda linkować, nie doczytały niepiśmienne misie, że jurorzy kilku krajów faktycznie pogrążyli nasze rodzime cycuszki, ale w niczym nie zaszkodzili "kobiecie z zarostem", bo ta w głosowaniu publiczności również przeskoczyła konkurentów o dobre 100 punktów (tak, tak, Polacy też na nią esemesowali).
Niedorozwój albo raczej postrzeganie wybiórcze, charakterystyczne dla tych panów. Żenów w wykonaniu "osób publicznych" na nieustającym dyżurze komentatorów oderwanych od rzeczywistości też nie warto linkować, bo wcisnęli się ze swoim "nie przy jedzeniu" do każdego kanału. A nawet do telewizji.
Eurokonkurs jest szopką polityczną, muzyka nie liczy się tu od dawna. Dlatego czułem się niezręcznie przed telewizorem oglądając uśmiechnięte siostry Tomalchevy z Rosji, kiedy dostawały kolejne punkty, oczywiście tylko od wasalnych zacofańców, a sala buczała. Miały pecha - przyjechały z całkiem niezłym wykonaniem całkiem fajnej piosenki, no ale czas nie po temu, żeby ich słuchać, a już tym bardziej głosować. Wład Eurowizję jak większość zachodniego cyrku ma w bardzo-bardzo-bardzo głębokim poważaniu, nawet publika rosyjska rzuciła się po konkursie na ajtiunsy by masowo pobierać zwycięski hit brodaczki.
Bliźniaczki mają 17 lat. Koniunkturalistki czy po prostu głupio wdepnęły? Jak to jest jechać na tak wielką imprezę ze świadomością, że nikt cię tam nie chce, wybuczy i wygwiżdże? Osiem lat temu wygrały dziecięcą edycję tego samego konkursu, teraz wracają jako wrogowie publiczni. Jak głęboko niechęć do Wodza P. przekładać się powinna na artystów, zapewne im bardziej widocznych, tym mocniej uwikłanych? Nie temat na bloga, skoro w argumentacji plączą się sami intelektualiści po obu stronach barykady - wróciły czasy bojkotów, odwołanych niesłusznych spektakli, zawieszonych projektów.
Conchita szlochała coraz gwałtowniej, a Maria i Anastazja ślicznie uśmiechały się do końca.
PS. A tak w ogóle pierwszy wpis po tak długiej przerwie miał być na trochę inny temat.
Termin 'virgin magnetic material' oznacza oryginalną, magnetyczną taśmę-matkę z nagraniami muzycznymi (dzięki której istnieniu z tak oszałamiającym rezultatem można współcześnie na nowo remiksować klasyczne płyty).
Nie dziwi poniekąd, że Shai Vardi z Tel-Avivu taki właśnie obrał pseudonim artystyczny.
Po pierwsze bierze się fakytcznie za miksowanie klasyków, od Beatlesów, Fleetwood Mac, Bowiego, Led Zeppelin, The Smiths, Joy Division, The Clash, przez Talking Heads, The Cure, Petera Gabriela, Queen, Nine Inch Nails, Tears for Fears, Hall & Oates, Garbage, Morissette, Radiohead, Soundgarden, aż po współczesnych - Bon Ivera, Little Dragon czy Beyonce (gust prawdziwie eklektyczny).
Po drugie - pierwsze pytanie, które nasuwa się po przesłuchaniu jego przeróbek, tak utworów sprzed lat, jak i współczesnych: skąd on wziął tak doskonały zapis wokali? Stanowią one zawsze trzon przeróbek, są doskonale zremasterowane i wyeksponowane w stopniu, który zmusza do wysłuchania ich z uwagą, a czasem wręcz odkrycia na nowo (vide: popisowy numer z Rocky Horror Picture Show).
Nam osobiście przypadł do gustu znak rozpoznawczy VMM - spowolnione, elektroniczne podkłady z dużą ilością pulsujących basów. I choć jego styl jest mocno rozpoznawalny, to nie nużący. Głównie dlatego, że Shai wybrane przez siebie utwory rekonstruuje, nadaje nową dramaturgię, często odzierając z najbardziej charakterystycznych, ikonicznych elementów (jak choćby podwójny oklask z Radio Gaga Queen, charakterystyczny refren z Big Time Gabriela podrzucony dopiero pod koniec remiksu, rytmika klasycznego kawałka New Order czy dynamika Pump Up The Jam).
My prezentujemy poniżej swoje 'the best of VMM', chociaż tak naprawdę ta lista mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:
Fizjognomia Del Marquisa to ewidentna (i kolejna) egzemplifikacja teorii o niezaprzeczalnej wyższości brody nad jej brakiem.
Gitarzysta Scissor Sisters przez długie lata prezentował się i utrwalał swój wizerunek z mniej lub bardziej rozbudowanymi bokobrodami, jednak dopiero w bujniejszym zaroście zabłysnął swoją latentną delmarquisowatością w pełnej krasie, najpóźniej w tym klipie dzięki swej dyskretnej gibkości awansując w naszych oczach do rangi Mistrza Drugiego Planu.
Tymczasem właśnie wobec zawieszenia działalności Sióstr, Del wysuwa się na pozycję frontmana: wraz niejakim Xavierem z Nowego Jorku, dysponującym wysokim wzrostem oraz aksamitnym głosem, seksowny kudłacz rozkręca własny projekt, któremu - po jaskółce w postaci nieco surrealistycznego a bardzo pedalskiego klipu - przyjrzeliśmy się z wielkim zainteresowaniem:
Rzecz powyższa jest coverem kawałka sprzed trzydziestu lat, napisanego przez mniej kasowego z braci, Jermaine Jacksuna (pisownia jak najbardziej prawidłowa). Nam osobiście nagromadzenie efektów i stopień pojechania przypomniał jeszcze innego pana z epoki.
Okazuje się, że powyższe promuje epkę Tickle, która w pełnej wersji wisi do pobrania na stronie Del Marquisa już od stycznia, wówczas jej audio-zapowiedzią był równie energetyczny kawałek Say Ooh Damn, traktujący wg słów autora o paleniu trawki i całonocnym seksie:
Miły naszemu uchu ładunek funku w tych tanecznych produkcjach, porządnie osadzonych jedną nogą w złotych latach 80., tłumaczy prawdopodobnie udział koncertowego składu samego Mistrza Prince'a. I chociaż epka Dela & Xaviera na dobre wyparła wreszcie z odtwarzacza ostatni singiel tych panów, to jednego nie możemy mu wybaczyć: co się stało z brodą?
Kolejnych kilka - mniej lub bardziej brodatych ale zawsze włochatych - zdjęć Del Marquisa po kliknięciu na 'ciąg dalszy posta'.
Jeśli dziś środa, to powinniśmy pokazać jakiegoś rudzielca, ale przez te parę miesięcy absencji wyszliśmy chyba nieco z wprawy, bo nie możemy znaleźć żadnego w stosownej wersji bożonarodzeniowej - co innego brodacze, tych w bród, ale u nas też, więc się wyłamiemy...
Zamiast tego - kącik muzyczny. O Jessie Ware słyszeli pewnie wszyscy, przynajmniej od kiedy w nieodzownych od listopada podsumowaniach AD 2012 jej Devotion przoduje wśród albumowych debiutów. Może więc z niejakim opóźnieniem, ale przegapić Jessie coraz trudniej.
Nie brak i takich, którzy "Sade XXI wieku" znają aż za dobrze, a kawałki z płyty zdążyły im się już do znudzenia osłuchać. Miło więc, że cierpkogłosa wokalistka nie spoczęła na laurach, i jeszcze przed końcem roku przygotowała dwie kolejne, niespodziankowe produkcje. Najpierw do internetu trafił owoc współpracy z debiutującym duetem japońskich nastolatków, BenZel, któremu pięknie zaśpiewała cover piosenki r'n'b z roku 1994:
Oczywiście, Japończycy nie byliby sobą, gdyby oficjalne wideo nie było nieco irrelewantne.
Tuż przed świętami zaś wokalistka pojawiła się gościnnie w innej pracy zbiorowej, o zupełnie innym klimacie, na najnowszym singlu Katy B i Geeneusa, Aliyah:
Jak dla nas, Jessie sprawdza się w obu wydaniach i każde dźwięki potrafi pięknie uszlachetnia. Przy If you love me można się stosownie (niemal odświętnie) rozrzewnić, do dudniących basów Aliyah bardzo efektywnie się maszeruje przez miasto w poszukiwaniu prezentów, nawet w najgorszym śniegu.
Byle do wiosny, bo w marcu Jessie znów przyjeżdża śpiewać do Warszawy...
Zupełnie nie wiemy, jak to się dzieje. Zawsze kiedy kompletujemy playlistę, zaczyna się od jakichś 20-30 kawałków, które muszą-muszą-bezwzględnie na nią trafić, tak jak od tygodni zajeżdżane były we wszystkich możliwych urządzeniach mobilnych. Po długiej batalii wewnętrznej kończy się na 10-15, bo przecież one wszystkie żadną miarą nie pasują do siebie wzajemnie. Tym razem odpadli m.in. Hercules and Love Affair, Patrick Wolf, Ssion i Monarchy (bo w końcu ile można to samo).
Co zatem pozostało? Dziwnym zbiegiem okoliczności większość kawałków plasuje się stylistycznie w obszarach sentymentalnych brzmień złotych, kiczowato połyskliwych i rozczulająco prostych (z pozoru) syntezatorowych plumkań z lat osiemdziesiątych, tudzież tanecznych popisków równie złotych lat dziewięćdziesiątych.
Ale też przyznać trzeba, że w reaktywowaniu nostalgii za tamtymi dekadami współcześni twórcy są niezwykle kreatywni i skuteczni. Jako że nie wstawiamy tu całości (całość jest tu), szczególnej uwadzie polecamy drugą połowę listy, z gościnnym udziałem Kelis i Jessie Ware. A w charakterze bonusa (względnie zapoznania) - przezabawny klip duetu otwierającego naszą listę, Hi Fashion, których poczynania bardzo starannie śledzimy:
Od razu trzepniemy się porządnie w pierś, bo jakim cudem od dwóch lat umykało nam takie cudo, jak Monarchy, nie potrafimy zgadnąć. Jedyne - acz mizerne - wytłumaczenie stanowić może pojawienie się mniej więcej w tym samym okresie Hurtsów, którzy jak z tego wynika, mieli dużo lepszą promocję.
Nadrabiamy więc szybciutko, bo to co tajemnicza, zamaskowana para wypichciła w kooperacji z Boską Ditą, zmiotło nas, że od dwóch dni pozbierać się nie możemy:
Dla uściślenia - co oni tam konkretnie razem wypichcili, to na dobrą sprawę nie wiadomo, bo remiks powyżej jest li tylko zajawką singla, który oficjalnie ukaże się bodajże 14 stycznia 2013 roku. Ale już teraz lekkie sylwestrowe pokrzyki, rytmiczne poklaski, operowe zaśpiewy wokalisty i nonszalanckie szepty Dity doskonale poprawiają nam samopoczucie.
A w ramach wstydliwego nadrabiania zaległości z poprzedniej płyty, zapodamy kawałek, ulubiony (zwłaszcza od 3:15):
Tkliwa, staroświecka melodyka w elektronicznej oprawie - to lubimy. Nieco więcej muzyki duetu na ich oficjalnym profilu soundcloudowym.
Moullinex gości na naszym blożku nie po raz pierwszy, zwróciliśmy na niego uwagę najpóźniej od chwytliwego kawałka z udziałem Peaches. Teraz zwróciliśmy uwagę na jego brodę, iście godną jego prawdziwego nazwiska: Luis Clara Gomes, choć jak na nasz gust, przebija spod niej zadziwiająco spora dawka melancholii, zwłaszcza jak na autora takich oto kawałków:
Komu takie funkująco-parkietowe, retrodyskotekowe, daftpunkujące rytmy poprawiają nastrój, ten niech koniecznie zajrzy na soundloudowy profil wytwórni Gomma, gdzie odsłuchać można całą płytę smutnego misiaka, któremu w kilku kawałkach podśpiewuje pani o swojsko brzmiącym nazwisku Iwona Skwarek.
Jeszcze więcej twórczości własnej zamieścił na swoim własnym profilu.
Lipiec rozpoczynamy ze stosownymi temperaturami 30+, po ostatnim meczu Euro 2012 wymiotło już ze stolicy, więc amtosferę a-la-Ibiza zapewniamy sobie sami. Początek wakacji, dzięki któremu na słoneczko wyroiło wysypem oswobodzonej a jeszcze niewyjechanej braci uczniowskiej, uczcimy stosownie gorącym zestawem muzycznym.
Jak zwykle wrzucamy do jednego worka, co nam tam po plejerach najróżniejszych ostatnio śmiga: od ostatniego odkrycia, Florrie, przez nieco przegapiony cover obfitoustej Lany Del Rey w wykonaniu TYP, dwa kawałki z udziałem Penguin Prison, wyimek z Adama Lamberta aż po miluśnego Bright Light Bright Light i ostatniego Jimmy'ego Somerville.
Uwadze P.T. Słuchaczy polecamy także enigmatyczną, w mleku kąpaną Queer of Hearts (na playliście w innym remiksie), której w tym wydaniu nie bez racji przypisuje się podobieństwo do produkcji Goldfrapp:
Kolejna muzyczna siurpryza, bo przez jakiś czas Jimmy zwlekał z wydaniem nowego materiału (chociaż występował gościnnie, z doskonałym efektem). Jak dla nas, ta zwłoka mu wyszła na dobre, z biegiem lat jego głos szlachetnieje jak wino, staje się bardziej matowy, chropowaty, wyrazisty.
Muzycznie Solent wypada zaskakująco różnorodnie i bardzo współcześnie. W sporej części Jimmy odchodzi od kojarzonej z nim (nie zawsze słusznie) stylistyki gejowskiego parkietu, do którego najbliżej otwierającemu set kawałkowi Some Wonder czy Taken Away. Potem robi się dużo ciekawiej, jest i stały element zaskoczenia, gdy Somerville nie śpiewa falsetem w mrocznym Reconciliation. Why Did It End This Way słuchalibyśmy najchętniej w kółko, a Kite skutecznie łączy to wszystko w jedną całość.
Ten krótki zestaw nieprędko odpadnie z ulubionych w naszym odtwarzaczu:
Na playliście umieściliśmy kawałki według własnego upodobania, cała epka (włącznie z remiksami) do wysłuchania tutaj lub tutaj.
Oj, nieczęsto zdarzają się elektroobjawienia tej skali (wychodzi, że raz na pięć lat), takie co to uwolnić się nie sposób. Mollyhaus rzuciło się nam już na uszy pierwszym kawałkiem, który czem prędzej włączyliśmy do jednej z poprzednich playlist. Niedawno wypuścili kolejny klip do epki Red Shoes, która już zapowiada, że Mollyhaus to trio nie pozostanie formacją jednego przeboju. Przynajmniej na parkiecie:
Mimo jednorodnie elektronicznego instrumentarium, kawałki różnią się od siebie temperamentem: energetyczne Love Machine i Widow Maker sąsiaduje z bujanym Liar Liar, ociężałym, tytułowym Red Shoes czy przelirycznym Russian Boy. W tej rozpiętości znajduje ujście talent Little Neve, która czasem szepcząc, chwilami z jazzowa wokalizując, czasem prawdziwie dudniąc, a najczęściej lawirując ciągle gdzieś pomiędzy skrajnościami, daje prawdziwy popis swoich możliwości.
Całość podszyta jest nutką tak przez nas ulubionej, chwilami patetyzującej melancholii, która nadaje elektronice stosownie ludzki wymiar, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Little Neve się w tym swoim zaśpiewaniu świetnie bawi, a to co robi, przychodzi jej niemal bez trudu. Także panowie starają się, by aranże brzmiały różnorodnie, nie przesadzając jednak z realizacyjnymi fajerwerkami.
Po występach w gejowskim Schwuz czy Chantal w Berlinie, niemiecki miesięcznik Maenner przyrównał te zabawy do produkcji Williama Orbita czy Goldfrapp, jako przedstawiciele starszego pokolenia skojarzyliśmy bluesowe zaśpiewy tytułowego Red Shoesz elektronicznymi początkami Eurythmics (nie bez powodu chyba zmiksowanymi z kolei przez pewnego pana z kawałkiem Goldfrapp).
Tak czy owak w tym kółeczku Mollyhaus ląduje w doborowym towarzystwie. Komu mało, na profilu Soundcloud grupy znajdzie remiksy do Red Shoes oraz Love Machine. My z niecierpliwością czekamy ciągu dalszego...
Kolejny wpis z gatunku 'swego nie znacie'.
Piotr Grabowski vel Jörmungarden lub po prostu Jör, właściciel rzetelnie ognistej brody powyżej oraz poniżej, od kilkunastu lat działa jako artysta wieloraki w obszarach sceny, muzyki, teatru, multimediów, pracuje jako fotograf, stylista a czasem też - model. Na przełomie wieków realizował swoje projekty w Łodzi (m.in na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych), ostatnio pojawił się też w stolicy, dając upust swym fascynacjom tantrycznym, pracą ciałem i nad ciałem oraz przełożeniem stanu tegoż na kondycję psychiczną i relacje międzyludzkie.
O ile przedsięwzięcie Papá de bambú zorientowane jest na relaks i rozwój osobisty jako taki, o tyle projekt "Jednorożce" skierowany jest już jednoznacznie do braci gejowskiej. Jak pisze Piotr:
Projekt rozwoju osobistego zogniskowany tematycznie na życiu, relacjach i związkach gejów „śni” mi się od kilku lat. Praca z ciałem, counseling i wyprawy w obszar duchowości są nieodłączną częścią mojego życia. Sam mam za sobą wyboistą drogę. Ujawnienie i osadzanie się w ukrywanej przez lata stronie mojej tożsamości poprzedziły próby spełnienia powszechnych norm społecznych. Dzięki temu jestem rodzicem dwójki dzieci, mierzę się ze skutkami i odpowiedzialnością za wcześniejsze wybory oraz otwarcie dzielę się osobistym doświadczeniem.
Niejako w nawiązaniu do uruchomienia działalności relaksacyjno-poradniczo-terapeutycznej, Jör przypomniał o sobie także w wymiarze artystycznym - w jego przypadku te dzidziny wydają się ze sobą nierozerwalnie powiązane. Premiera klipu Sharpened lines miała miejsce w ubiegłym tygodniu w powiślańskim klubie 1500m2 do wynajęcia:
Zgrabne oku, miłe uchu, kojące i wyciszające, a jednocześnie zmysłowe. Zakładamy, że celowo tak zwięzłe - w celu uzyskania pełnego wyciszenia i równowagi psychofizycznej należy zapewne odwiedzić Casa De Bambú, przybytek, który Piotr prowadzi na Mokotowie z bratem-bliźniakiem. Nota bene - raperem.
A uprzedzając ewentualne zastanowienia: w klipie u boku Piotra wziął udział Piotr Kopertowski, którego nieco więcej tutaj. Z kolei nieco więcej piotra po kliknięciu na 'czytaj więcej'.
Pierwsze pozytywne zaskoczenie muzyczne tej wiosny. Wprawdzie spora część skromnego materiału nowojorskiego artysty powstała i pojawiła się w internecie już w ubiegłym roku, ale oficjalna premiera całości przewidziana jest na czerwiec. Na singiel zapowiadający płytę wytypowany został utwór 7 Steps, premiera klipu odbyła się w tym tygodniu:
Ten retro-elektro kawałek stanowi reprezentatywną próbkę i wizytówkę wszystkich atutów Fioriousa: charakterystyczny, pewny choć łagodny głos głos o matowej barwie (jeśli szukać podobieństw, to porównanie z Terencem Trent D'arby nie jest chyba bezzasadne). Fiorious swobodnie operuje nim w wysokich partiach, także falsetem, co bywa w równym stopniu imponujące, jak i irytujące. Że siła rażenia wokalu i wielopiętrowych chórków nie jest li tylko wytworem studyjnym, przekonać się można na przykładzie żywej interpretacji klasyka z repertuaru Amy Winehouse. Muzycznie album plasuje się zdecydowanie na półce elektronicznej i taneczej, tyle że w wydaniu mocno podlanym innymi, wybuchowymi gatunkami. Fiorious to odświeżająca mieszanka disco lat 90., funku, soulu, nu-jazzu. Przebija z niej wariactwo Scissor Sisters, energia funkującego Prince'a (Elevator), fascynacja formacją Outcast (Man Alive) czy Davidem Bowie, na których debiutant powołuje się w wywiadach. I trzeba przyznać - lekcje z tych idoli odrobił więcej niż przyzwoicie. Nie bez kozery pierwsze słowa jakie wyśpiewuje to 'you can't stop the elevator'. Ta płyta to faktycznie jazda w rozpędzonej kabinie z doskonałym nagłośnieniem.: (przy)krótka ale za to bez trzymanki. W tanecznym zestawie najbardziej lirycznie ujmująco wypada cover onirycznej ballady z 1981 roku, I'm In Love With A German Film Star, która pierwotnie przyniosła największy (i jedyny) komercyjny sukces grupie The Passions. W kolejnych dekadach wykonywana była także przez innych, znanych i mniej znanych, śpiewali ją m.in. Foo Fighters i Sam Taylor-Wood w wersji wyprodukowanej przez Pet Shop Boys. Wydaje się, że na tej aranżacji właśnie Fiorious oparł swoje wykonanie:
Trzydzieści-parę minut przelatuje w podskokach i dosyć niespodziewanie - płyta się kończy. To i źle i dobrze, bo pozostaje niedosyt, ale z drugiej strony intensywność materiału rodzi też i pewien przesyt. Dla spragnionych więcej, Fiorious przygotował rozbudowaną wersję deluxe albumu, do której dołączone jest 19 remiksów (niektóre także do odsłuchania online). Kolejne wydawnictwo artysta zapowiada już za pół roku - większość materiału na drugą płytę już jest ponoć nagrana.
W charakterze bonusu odsłuchać można także produkcji już typowo klubowej, w której Fiorious wystąpił gościnnie u producenta italo disco, Scuoli Furano, także współproducenta jego albumu.
Jak dla nas - na udany debiut niezależnego artysty w zupełności wystarczy... Clap your hands, one more time. Muzyczny sezon uważamy za rozpoczęty.
W wersji audio można było (i nadal można) posłuchać tego kawałka na naszej majówkowej playliście sprzed kilku dni. Mniej więcej w tym samym czasie Victoria Hesketh (bo tak nazywa się dziewczę, ukrywające się pod pseudo Little Boots) wypuściła oficjalne wideo do piosenki Every NIght I Say A Prayer. W swojej przeważającej czarno-białej konwencji może się wydawać skromne inscenizacyjnie wobec ostatnich wizualnych wybryków RiRi czy jakiejś Bibi czy innej GiGi, za to klasy ma o niebo więcej klasy:
Sama słodycz - po raz kolejny powracają muzyczne nowojorskie klimaty lat dziewięćdziesiątych, z cudnie niepokojącą zwrotką i synkopowanym refrenem, a wizualnie - vogue na całego. No ale czemu się dziwić, skoro kompozycja i produkcja tego kawałka wyszła spod ręki tego faceta.
Może nie odzywamy się tu ostatnio zbyt często, ale chyba nie sądziliście, że pozostawimy bez odzewu tak miły wszystkiemu ludu pracującemu zbieg okoliczności, jak kilka dni ustawowo wolnych od pracy w połączeniu z prawdziwie wiosenną, a w porywach trącącą prawdziwym latem pogodą. Sezon na komary, alergie i smród w komunikacji miejskiej należy uznać za oficjalnie rozpoczęty.
I choć na codzień tego tu nie widać, to owszem, nadal słuchamy muzyki, co postanowiliśmy majówkowo podsumować odpowiednim zestawem nowości, wyłapanych w czeluściach internetu w ostatnich dniach. Jeśli ktoś przegapił, to najwyższy czas zwrócić uwagę na najnowsze dokonania Sama Sparro, Little Boots czy Bright Light Bright Light. Niezawodni okazali się rzecz jasna Studio Killers, kreskówkowy team cyka wprawdzie nowymi produkcjami rzadziej niż z umiarem, ale zawsze z nawiązką wynagradza oczekiwanie:
Do największych ciekawostek zaliczamy koprodukcję Eltona Johna z Pnau (czyli panami odpowiedzialnymi za sukces Empire of The Sun). W ramach podsumowania swojej dotychczasowej twórczości, Elton udostępnił młodym producentom taśmy-matki swoich nagrań, które ci mashują teraz w całkiem nową, nowoczesną jakość (mają przygotować kilka kawałków, pierwszy właśnie ujrzał światło dzienne).
Reszta słonecznej playlisty jest równie odświeżająca, poniżej próbka, całość pod tym adresem. Tak, otwiera ją kawałek Polskiej Artystki Wyczulonej na Przecieki Jej Piosenek do Sieci (Soundcloud nam usunął i pogroził palcem), ale nie możemy się powstrzymać - to naprawdę jedna z lepszych 'przeróbek', jakie ostatnio słyszeliśmy.
Na deser (zwany współcześnie bonusem) zostawiliśmy interpretację parodystyczną Williama Belli, zdyskwalifikowanego uczestnika ostatniej edycji RuPaul's Drag Race. Powody usunięcia z programu okazały się frapujące, a zdemaskowany William (wzorem George'a) poszedł za ciosem i postanowił o tym zaśpiewać do cudzej kompozycji. Gdyby ktoś nie kojarzył, jest to przeróbka tego, więcej niż udana, do tego seksowna:
Miłego ciągu dalszego majówki, cokolwiek robicie - teraz możecie robić to z nową muzą...
Nie sądzilłem, że jeszcze kiedykolwiek napiszę o Justynie, której ostatnią ciekawą płytą była dla mnie produkcja Dzień i noc (2000). Potem rozpoczął się powolny artystowski zjazd, z apogeum Femme fatale (2004), kiedy Steczkowska wpadła w nieznośną manierę Ordonki, przez którą przesłuchanie każdej kolejnej płyty kończyło się najpóźniej w połowie drugiego kawałka. I oto nadszedł rok 2012, a światło dzienne ujrzał długo zapowiadany projekt XV, czyli podsumowanie 15-lecia działalności. W ramach którego Justyna wywinęła niezłego fikołka.
Kilka rzeczy wyszło temu wydawnictwu zdecydowanie na dobre. Po pierwsze - wybór utworów (głównie z pierwszych płyt i ostatniej, do tego cztery nowe kompozycje), które układają się w spójną całość dramaturgiczną. Po drugie - wsparcie młodych dj'ów i producentów oraz zwrot ku mroczniejszej stylistyce. Z oryginalnych utwórów pozostaje czasami niewiele, refren, dwa charakterystyczne wersy, inne wykonane zostają wiernie, ale w nowym kontekście.
W ten sposób zamiast klasycznego greatest hits powstał album konceptualny, z wyraźnym podziałem na krążek dynamiczny i kontemplacyjny. Wracając do korzeni muzycznych, Justyna przypomniała sobie na szczęście, że kiedyś śpiewała drapieżnie. Nie boi się pokrzyczeć, podać chropowaty wokal. Owszem, nad całością (i czasem w nadmiarze) roztaczają się eteryczne, egzotyczne i gładkie wokalizy, ale często przebija spod nich zadziorna kotka. Nawet w najbardziej zaskakujących rekonstrukcjach jak Oko za oko czy Kryminalna miłość:
Finalnie XV cechuje się wszelkimi zaletami i wadami dzieła eklektycznego.
Z jednej strony - szeroka rozpiętość stylistyczna, z zaskoczeniami głównie na plus - tu gitarowe wtręty retro godne agenta 007 z lat 70., ówdzie szczypta heavy metalu, gdzie indziej elektroniczny minimalizm, udana fuzja brzmień rockowych i popowych z triphopem, drum'n'bassem i pokrewymi połamańcami.Piosenki trwają do sześciu-siedmiu minut, zyskując wstęp, rozwinięcie i zakończenie z prawdziwego zdarzenia.
Z drugiej strony - przy iście symfonicznym bogactwie środków na niektóre kawałki zaskakująco zabrakło pomysłu (Za karę w manierze tańca z gwiazdami), niektóre aranże bardziej niż na płytę skrojone są na efektowny spektakl przeglądu piosenki aktorskiej. Manieryzmy wokalne dochodzą do głosu, zwłaszcza na drugim krążku, nad częścią materiału unosi się widmo nadprodukcji, która miejscami brzmi płasko i ociężale, przytłoczona natłokiem efektów dźwiękowych.
Koniec końców trudno Justynie odmówić odwagi. Większość materiału jest - w dzisiejszym rozumieniu - zupełnie nieradiowa. Zawsze można pokręcić nosem, że to rewelacja spóźniona o dobre parę lat, ale cóż. Kayah - mimo zapowiedzi - nigdy nie poszła w stronę ambientu, najnowsza płyta Edyty Górniak powstała pod koszmarne dyktando radia Eska. Na tym tle Steczkowska jawi się jako artystka eksperymentująca, nie ograniczająca się do konwencji Największe hity symfonicznie lub nie.
Czyżby dziewczyna szamana obudziła się z letargu? Normalnie aż jestem ciekaw, co dalej...
Jeśli wtyczka wyszukiwania na blogu oraz google nie kłamią, to z tym panem nie mieliśmy dotąd w tym miejscu przyjemności. Głównie dlatego, że Matt to nie nasza bajka, nawet jeśli obnażone męskie ciała występują w jego klipach w nadmiarze, to akurat w tak nadmuchanych okazach nie gustujemy. Rzewne ballady wyśpiewywane na białej kanapie tudzież romantyczne plumkanie do czarno-białych kadrów też jakoś średnio nas porusza, choć też niewiele różni się od plumkania Edyty Górniak, a przynajmniej tematyzuje wzruszenia pożycia męsko-męskiego.
Tym razem jednak Zarley poruszył w nas struny czułe na dyskotekowy groove z zamierzchłej epoki. Kawałek w swej skoczności całkiem udany, z barwnym i dość zabawnym klipem włącznie:
Właśnie czesaliśmy archiwa, by wyłuskać coś ciekawego do kolejnej edycji shortów, gdy sprawa rozwiązała się sama: dziś premierę miał klip do nowego singla francuskiej grupy The Shoes. 'Klip' to w tym wypadku słowo za małe, reżyser Daniel Wolfe z gościnnym udziałem Jake'a Gyllenhaala wykreował rasową krótkometrażówkę z muzycznym tłem, którego właściwa część rozpoczyna się zresztą dopiero w drugiej minucie.
Historia - jak na obrazki do tanecznej muzy - też raczej niebanalna (choć wietrzymy falę estetycznego szoku, skoro nie dalej jak w zeszłym tygodniu premierę miała rzecz równie drastyczna): Jake wciela się w młodego fascynata szermierki z wyraźnymi problemami emocjonalnymi, który już w pierwszych scenach okazuje się wyładowywać swoje frustracje w krwawych i bezwględnych mordach, których oglądamy kilka. Pościgi za bezbronnymi hipsterami i ich wykańczanie przeplatają się z innymi codziennymi zajęciami, jak wizyty w klubach czy na siłowni
Już w pierwszych komentarzach pojawiły się opinie, że mimo krótkiej formy ten teledysk to popis aktorstwa w jego wykonaniu, jeden z najlepszych od lat. Czy ostatnia scena w klubie sygnalizuje przełom w jego życiu? Czy facet, który do tego stopnia nie potrafi poddać się muzyce, przestanie zabijać? Czy gdy kolejny raz obserwować będzie ludzi zatraconych w tańcu przestanie rytmicznie walić w ścianę i ruszy na parkiet? Czy tyuł Time To Dance oznacza właśnie tyle, czy coś całkiem odwrotnego - że Jake przygotowuje kolejny układ choreograficzny dla swoich ofiar?
Owszem, stęskniliśmy się już trochę za Gyllenhaalem na dużym ekranie. W wersji ogolonej wciąż prezentuje się młodzieńczo, przywołując skojarzenia z przełomową rolą Donniego Darko. Brodaty Jake to znowuż okaz dojrzałego, chwilami wręcz zwalistego faceta z rozmachem.