Cóż, który/która z nas tego nie zna. Powyższy obrazek to wprawdzie fanowski komentarz do czego innego, ale uniwersalna prawda przebije w każdym kontekście, nawet po francusku.
Pewnie już wszyscy widzieli, ale co tam, nigdy dość, a zawsze to ukłon w stronę przegapialskich: oto internetowa sensacja ubiegłego tygodnia, linkowana gdzie popadnie.
O impecie, z jakim klip wtargnął do gejowskiej blogosfery niech zaświadczą cyferki: o ile w pierwszych dniach obejrzało go ledwie kilka osób, to potem padały kolejne rekordy - dzień 4: 4,5 tysiąca, dzień 5: 350 tysięcy. Łącznie filmik doczekał już prawie miliona odsłon na samym serwisie vimeo.com, gdzie pierwotnie się pojawił.
Trudno się dziwić tej popularności, bo rzecz jest urocza: w 1991 roku pewien dziewięciolatek pojechał z rodzicami do Hampton. Tamtejsze kasyno oferowało wówczas swoim gościom atrakcję w postaci stoiska z kamerą, gdzie na tle bluscreenu (na którym jako tło pojawiał się wybrany motyw) można było zainscenizować swój występ do ulubionej piosenki.
Nie zgadniecie, co wybrał mały Jeffrey:
Jeśli nie podlinkowaliśmy tutaj tego cudeńka wcześniej, to tylko dlatego, że opowieść Jeffreya zapowiedział inny blog, którego treść idealnie wpasowuje się w profil tego kącika: Born This Way. Kto nie był, niech natychmiast nadrabia - to urokliwy zbiór ilustrowanych zdjęciami z dzieciństwa opowieści dorosłych już ludzi, którzy próbują zdefiniować moment, w którym odkryli, że są homoseksualni.
I barely knew what homosexuality was when I performed to "Vogue" at age 9. Back then, I was precocious, but innocent: carefree, unaware, and having a blast. People ask if my parents knew I was gay then, but they didn't know for years.
Paradoksalnie, moment który przywołuje z pamięci jako pierwsze uświadomione doznanie homoseksualne, przypada post factum na kilka lat wcześniej:
[it] occurred around age 4, while watching a TV special hosted by Shari Lewis. During a musical number, one of the male performers onstage happened to be gorgeous, muscular, and clad only in a loin cloth and fez. And my body tingled in a way I couldn't understand.
I taka właśnie jest idea tego bloga. Może nie mówi nachalnie i propagandowo 'homoseksualizm jest wrodzony'. Ale na konkretnych przykładach i typowych opowieściach z dzieciństwa przywołuje stwierdzenie większości gejów i lesbijek nieobce i wspólne: że to po prostu w nich już było.
A ciekawych, co wyrosło z takiego ładnego chłopczyka odsyłamy na jego profil na vimeo, z jedynym oficjalnym, dorosłym zdjęciem oraz na jego kanał w jutubie, na którym aż roi się od oldschoolowych, ponadczasowych diw.
Mnóstwo tupetu i prawdziwie amerykańskiego entuzjazmu, z nieodłącznymi mu spazmami, piskami i szlochami teatralnego wzruszenia. Dość trafnie zdiagnozowany przez jurorkę, Sharon Osbourne jako Daniel Josephine Baker i nowy Liberace. Ale o ile całokształtem może drażnić, to rozdrażnienie natychmiast ulatuje, gdy siada do swojego KORGA i zaczyna śpiewać.
Bo na szczęście oprócz tupetu faktycznie ma talent:
Prawdziwy szał wampirzych ciał, coming out krwiopijczego podziemia, kwintesencja współczesnego serialu - dla jednych w swym posmodernistycznym geniuszu, dla innych - w niezmierzonej infantylności. Tak czy owak kult, który - jak widać powyżej - trafił na okładkę szaconego Rolling Stone. Bardzo rozebrany. Bo - wiadomo to przynajmniej od czasów Blade'a oraz Buffy - stereotyp mizernego w posturze wampira wychudzonego brakiem życia, przeminął bezpowrotnie już dawno (czyli co najmniej kilkanaście lat temu).
Nie trzeba było czekać dłużej niż dwa dni, by internet odpowiedział, co myśli tak o samym serialu, jak i - w konsekwencji - o rzeczonej okładce. W pierwszym rzędzie mistrzowie fotoszopa wyeliminowali z obnażonego towarzystwa jedyną kobietę, potem - w obliczu pustki po trzeciej postaci - do grona dołączył kolejny seksowny mężczyzna. To zdaje się odpowiadać na zamieszanie, jakie w mediach wywołał wpis z twittera jednego z graczy Philadelphia Eagles, jakoby serial stał się już ostoją homoseskualistów i jest too gay (do sprawy odniósł się także Advocate.com). Chwilę później musiał się z tego wpisu tłumaczyć.
I słusznie, bo prawda jest taka, że nie ma czegoś takiego, jak zbyt gejowskie. Zawsze może być gejowskie jeszcze bardziej. By zobaczyć, jak bardzo, kliknij czytaj więcej.
O nocnej uroczystości American Music Awards trzeba wspomnieć przynajmniej z dwóch powodów. Po potyczkach z magazynem OUT Adam Lambert bez ogródek zaznaczył swoją seksualność, która we wszystkich doniesieniach przykrywa szczęśliwie walory muzyczne prezentacji. Operatorzy telewizyjni robili co mogli, ale migawki Adama z tancerzem u krocza oraz całującego się z klawiszowcem i tak przedostały się do świadomości publicznej. Chociaż trzeba oglądać uważnie - wspomniane momenty: 1'00" i 3'24".
No i jakże moglibyśmy pominąć Lady G., która zaprezentowała fragmenty dwóch swoich utworów, o nieco odmiennej stylistyce. Najpierw było bardzo ciemno, a potem na scenie płonął fortepian.
Oprócz tego występowały inne gwiazdy, jak choćby... eeee... Janet Jackson oraz JLo, która nieszczęśliwie wylądowała podczas wygibasów na parkiecie całym swym siedzeniem (2'43"). I dobrze jej tak, zawsze powtarzamy, żeby jednak nie przesadzać ze skakaniem z faceta na faceta...
Aha, no i przecież, były też nagrody :D
Najwięcej zdobył ś.p. Michael Jackson, a z żyjących - Taylor Swift. Poza tym jak zwykle: Black Eyed Peas, Beyonce, Jay-Z, Whitney Houston i takie tam...
W ramach wklejki - dosyć pouczający klip, ilustrujący na paru przykładach ewolucję, jaką przez ostatnie 25 lat przeszły postaci gejowskie w amerykańskich operach mydlanych i serialach o najwyższej oglądalności. Od tonów gorszących, wskazujących na zgubność pedalstwa oraz stada nieszczęść, jakie niesie, aż po ceremonię zaślubin z hitu ostatnich lat, Bracia i siostry. Gdzieś pośrodku uplasował się Dawson's Creek z pierwszym odnotowanym pocałunkiem męsko-męskim (2001). Podobna próba z Melrose Place parę lat wcześniej została ponoć ocenzurowana w obawie przed reklamodawcami... Jednym słowem: różowo nie jest. W przeciwieństwie do kina i teatru, oraz kablówki, telewizja jawi się niemal jako homofobiczny bastion nie do zdobycia.
Na zdjęciu: młodzieżowy romans z Gotowych na wszystko.
Więcej szczegółów w opisie klipu na Youtube.
No więc kolejność jest taka, że oglądam ten serial dla tego pana.
Ogólnie rzecz biorąc nic wielkiego i trudno się dziwić, że skończyło się po pierwszym sezonie. Za to w jednym z odcinków usłyszałem kawałek, który na tyle mnie poruszył, że chwilę później został wygooglany. I cóż, nie jestem dużo mądrzejszy ponad to, że pochodzi z 2002 roku, a wykonuje go niemieckie elektroduo o myląco żeńskim pseudo Naomi.
Towarzyszy mi wszędzie od dwóch dni. Coraz głębiej przemawia do mnie liryzmem niż rytmem, ale to kwestia nastroju. Komu taki skakany nie odpowiada, oto wersja spokojniejsza.
Tak jakoś wychodzi, że nam dobre klipy chodzą ostatnio parami :D
W końcu czemu nie.
Dziś dwa czarno-białe, w kompletnie różnych stylach muzyczno-estetycznych. Za to ich twórcy (obaj zresztą z Francji) zastosowali podobny chwyt reklamowy dla ich wypromowania.
Giv Me Luv to taneczny projekt didżeja Leomeo, który tęczową flagą macha nam już na stronie startowej. Wziąwszy na warsztat disko-klasyk z lat 70., uwspółcześniony już nieco w połowie lat 90., ten egzotyczny mikser stworzył podwaliny do platformy twórczej, promującej miłość, równość, braterstwo we współczesnej, liberalnej formie. Efekty do pobrania na stronie GIVMELUV.
Do energetycznego kawałka, powstał teledysk z udziałem Wielkich Branży Erotycznej (z Francois Sagatem na czele):
Klip zapowiadany był przedpremierowo teaserami, opartymi właśnie na półminutowych, zmysłowych sekwencjach z udziałem gości (do obejrzenia tu: Sagat, Frédéric, Johan, Raph).
Podobny chwyt zastosował inny Francuz, operujący w skrajnie odmiennej stylistyce.
Julien Doré grywał w różnych zespołach, ale na szczyty solowej popularności wyniósł go dopiero udział w rodzimej wersji Idola, Le Nouvelle Star. Premierę teledysku z pierwszej płyty w połowie ubiegłego roku, poprzedziła filmowa zajawka, w której skupiły się wszystkie rewiowo-cyrkowe elementy, jakie później przewijały się wizualnie podczas promocji singla:
Właściwy teledysk - oparty zresztą na śmiesznie prostym pomyśle - pojawił się w trzech wariantach, w których wymienione elementy: farbowana blondyna z kogutem, nagi anioł, muł, kucyk oraz bębniarz - pojawiały się w różnych konfiguracjach (wersja 1, wersja 2).
Nam najbardziej przypadła do gustu wersja oznaczona numerkiem 3, w której gibki wokalista osobiście gnie się w nerwowym tańcu, ilustrującym piosenkę:
Prosta strategia przyniosła spodziewany efekt marketingowy, bowiem na jutubie od razu pojawiły się niezliczone wersje parodiujące tę prostą inscenizację. Sam autor postawił kropkę nad i tych wariacji, jednocześnie dając do zrozumienia, że doskonale orientuje się, w jakiej rzeczywistości medialnej funkcjonuje: z lekkiej piosnki w stylu francuskiego varieté, wypichcił na tegorocznym wręczeniu nagród radia NRJ bombastyczne widowisko, podczas którego po nosie dostało się za podobne podskakiwania nie komu innemu, jak samej Britney.
Przy okazji Julien obnażył nieco bardziej zgrabne ciałko i wykonał kilka nieprzyzwoitych ruchów bioderkami. Ale to już kwestie jakby pozamuzyczne...?
Wokół outingów, w tym tygodniu:
Jakby mało było sensacji, Amy Whinehouse podejrzana została o lesbijskie ciągoty do obcych kobiet.
Z kolei wokalista Babyshambles, Pete Doherty, próbuje chyba przekazać coś światu pocałunkiem piłkarzy w swoim najnowszym teledysku, który nie dziwi tak wobec zdjęć, do jakich pozował w przeszłości (patrz powyżej).
Także zdjęcia (w dragu i bez) zdradziły kolejnego finalistę amerykańskiego Idola.
Cycatka Wszechczasów, Dolly Parton, tłumaczy się w CNN, że nie jest lesbijką.
Hugh Jackman się nie tłumaczy, za niego mówi żona...
RuPaul idzie jak burza, zamiatając wszystkich swoimi perukami: najnowszy singiel króluje na iTunes i Billboardzie, a Drag's Race jest nawiększym hitem Logo! w historii stacji. Do jednego z kawałków powstał też quasi-teledysk, relacjonujący przebieg nowojorskich prostestów przeciw Prop 8.
W najnowszym teledysku Jamiego Foxxa pojawiło się gościnnie stadko uznanych aktorów, ze słodkim Jackiem Gyllenhallem na czele. Powiada się także, że wystąpi niedługo w remake'u musicalu Damn Jankees z lat 60., w którym przyjdzie mu skakać do klasycznych choregorafii Boba Fosse u boku Jima Carreya. Czy taki duet obsadowy ma coś wspólnego z faktem, że obaj zagrali niedawno gejów...?
A propos musicali: po co zwlekać z przeniesieniem na scenę dopiero co obsypanego Oskarami Milionera z ulicy?
Madonna to ma dobrze, nie ma dnia, żeby coś o niej nie napisali.
Spędza zimowe wieczory w ramionach chłopca, tak gorącego, że nawet szalika nie musi nosić. Cyndi broni związku, słusznie odwracając proporcje pytaniem, ilu starych capów obnasza się z nieletnimi panienkami.
Z kolei Tony Ward przypomina mimochodem wspólne fotki z Madge sprzed osiemnastu lat.
Łyżką dziegciu stały się doniesienia o nastrojach Guy'a Ritchie wobec małżonki.
Pete Wentz ma wizje Johnny Deppa oraz śmierci z rąk mordercy, w związku z czym nie otwiera nikomu drzwi.
Ok. Wokalista z niego, jak z koziej brody trąbka, zdecydowanie lepiej wypada w wyższych partiach i do żywszych rytmów. W seksownym teledysku i w swoim rodzimym języku. Albo w homoerotycznych, serialowych scenach łóżkowych, gdzie śpiewa na łóżkową nutę. Za to na pewno nie powninien przymierzać się do kowerowania romantycznych klasyków.
Ok. Strona śpiewającego Izraelczyka, osiadłego już na stałe w USA nie działa wcale. A bez wizji, fonia wypada co najmniej blado, w związku z czym na pewno nie nazwiemy nadciągającej premiery najnowszej płyty Yehonathana wydarzeniem roku, ani nawet miesiąca. Ani w ogóle.
Ok. Do tej piosenki nie ma nawet porządnego teledysku. Ale lubimy te zdjęcia, nadmorskie czułości w wykonaniu dwóch zgrabnych facetów zawsze są wystarczającym powodem, żeby olinkować klip.
Chyba rozumiecie, o co nam chodzi...?
Młodociane chłopię muzykę ma we krwi. Występowało sobie właśnie w lokalnej inscenizacji musicalu Mary Poppins (chociaż chyba nie grało Mary), chodziło na kastingi, gdy zapoznało znajomka Kylie o zapędach menadżerskich. Wymienili się uwagami o świecie oraz taśmami demo...
A potem już z górki. Jako absolutny w tym względzie nuworysz, Sam trafił pod skrzydła modnych producentów oraz na soundtrack miniserii BBC, Beuatiful People (o której trochę pisaliśmy już tutaj). Jego nazwisko zaistniało na okładce oraz w notowaniach między Kylie, Pet Shop Boys, M People, Bextor, a All Saints.
W następnej kolejności nagrał ryzykowną (w męskim wykonaniu) piosenkę z musicalu Jesus Christ Superstar, I Don't Know How To Love Him, śpiewaną pierwotnie przez Marię Magdalenę. Ryzyko się opłaciło: wskutek upublicznienia utworu przez Myspace zyskał spore uznanie, a fraza 'I want him / I need him' zostaje powłóczyście wyfrazowana do końca.
W tej chwili Sam jest w trakcie nagrywania debiutanckiego albumu o ciekawym przekroju repertuarowym, obejmującym m.in. nowy kawałek autorstwa Boya George'a i cover Cardigansów. Swój styl charakteryzuje jako "epickie, teatralne elektro skrzyżowane z orkiestralnym popem". Dużo formy, sporo treści...
Nie sposób się z nim nie zgodzić. Słuchając od dwóch dni wdzięcznych zawodzeń w Run Away (nota bene pierwotnie także napisanych dla kobiety), płaczemy za każdym razem i skórki gęsiej dostajemy przepisowo.
Na więcej muzyki, poza majspesowatymi okruchami, przyjdzie poczekać pewnie jeszcze z kwartał. Poczekamy...
Chodzi o nieśmiertelnika ABBY, który dopiero co z taką pasją wyśpiewywała z siebie na wzgórzu Meryl Streep. Ubiegły rok to najwyraźniej jakieś mamma-miczne apogeum. Tym razem piosnka szwedzkiego kwartetu zdziałała jeszcze więcej, bo połączyła siły dwóch ikonicznych siostrzyczek Minogue. Jedna od dawna ugruntowała swoją pozycję jako gejowska ikona, druga poczyna sobie regularnie na europejskim rynku muzyki tanecznej, z całkiem przyzwoitym skutkiem. Osobiście mam z nimi tylko jeden problem: pomijając podobieństwo fizyczne, nigdy nie potrafiłbym odróżnić ich po głosie, gdyby wymieniły się piosenkami :D
W 2008 roku zaśpiewały wreszcie w duecie na potrzeby soundtracku do miniserialu produkcji BBC, Beautiful People, samego w sobie też nieźle przegiętego. Jak brytyjczycy to robią, że kręcą komedyjki o prowincji, które bawią masy opowieścią o queerowym dzieciństwie dwóch chłopców? Kiedy amerykanie nakręcili serial o tym samym tytule, to musiał być 3 razy dłuższy i oczywiście rozgrywać się w metropolitarnym świecie wielkiej mody... Well.
No ale nie ma się co dziwić brytyjskiej klasie, skoro serial napisał pan od Gimme Gimme Gimme, a wyprodukował osobnik, odpowiedzialny za Absolutely Fabulous.
Witajcie w Nowym Roku, wedle naszej rachuby, 2009 :D
Jeśli było warto odczekać ten tydzień stawiania sprzętu na warszawskim placu Konstytucji, a potem przecierpieć Wyjca Sezonu z zespołem Feel, reanimację discopolo wcielonego w nieśmiertelnych Bojsów, oraz wszystkie przeboje ABBY przemielone pod gust carycy Terentiew, to między innymi po to, żeby doczekać najnowszego występu Edyty Górniak, i przekonać się, że może jeszcze nie wszystko stracone.
WersjaJestem kobietą świeżo elektrotyzująca, aż szkoda że w ledwie-dwuminutowym wycinku:
Także Impossible w ciekawym, mniej znanym miksie, choć chyba raczej z playbacku.
Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czemu to pokazujemy, zapraszamy do skonfrontowania z wykonaniem na poprzednim polsatowskim wieczorze Sylwestrowym, w Krakowie. Rok później Edytę ktoś ubrał dużo stosowniej do mrozów, zmuszając ją też strojem do stylowych poruszeń, i wkomponował choreograficznie w modne sweterki na kilku panach.
No i co tu dużo kryć, filmik kończy się życzeniami, pod którymi podpisujemy się wszystkimi możliwymi rękoma.
Całujcie się dużo, to odmładza!
PS. Samej Edycie życzymy, aby po tym przedsmaczku i obietnicach, odbiła się wreszcie od dna pt. E.K.G. i pokazała, że potrafi.
No niech szczekają co chcą.
Polsat wiedział - nie wiedział, Szymański werbował - nie werbował, a może był, szantażowany, bity, a może nie. Obejrzałem w końcu to arcydzieło w dwóch częściach.
Okazało się ono - jak na nasze przaśne, krajowe warunki - całkiem znośne. Na początek lekki szok, jakim stało się potwierdzenie bajdur pewnego chłopca, z którym się onegdaj zetknąłem w innym mieście. Przechwalał się zawsze, że jest pornogwiazdą, otaczał go niesławny nimb deprawatora i werbownika właśnie (ha! co za zbieg okoliczności), i proszę, oto widzę, że kitu nie wciskał, tylko organy, zgodnie ze scenariuszem. Na szczęście nie miał za dużo do gadania, dzięki czemu wylewała się z niego tylko sperma, nie wrodzona głupota.
Ale ja właściwie nie o tym. W kwestii Marcinka najbardziej wzruszają napisane dla niego dialogi o roli przywódczej ("rządziłem już od podstawówki", "sam decyduję z kim się będę pieprzyć" itepe). Ostatecznie jednak moje wieczorne double feature - including nieudolne double penetration - ujawniło szczegół najbardziej mnie w tej aferze interesujący: kutasa nasz narodowy pornofryzjer ma fajnego.
A że aparycja nieco się Marcinkowi przez te parę lat poprawiła, nie powiem - uściśnięcia ręki bym chłopcu nie odmówił.
Will i Grace poznają się na studiach, tworzą parę, nawet się zaręczają. Kłopot w tym, że Will jest gejem i postanawia to wyjawić w przeddzień ślubu. Skandalu nie ma, ale ich drogi rozchodzą się do czasu, gdy - już jako prawnik i dekoratorka wnętrz - przypadkiem wpadają na siebie w supermarkecie. Grace próbuje sobie ułożyć życie - za chwilę ma podjąć drugą próbę wyjścia za mąż. Jednak spotkanie z Willem uświadamia jej, że to znów nie jest to. Zrywa zaręczyny, tym samym lądując w kłopotliwej sytuacji: musi naprędce znaleźć jakieś lokum. Nowo odnowiona przyjaźń zostaje wystawiona na próbę: wydaje się, że wspólne zamieszkanie to idealne rozwiązanie.
To nieledwie początek serialu, a właściwie jego prehistoria. Pierwsze odcinki ukazują właśnie początkowy okres wspólnego życia, jakie zafundowali sobie na powrót niegdysiejsi narzeczeni. Rzecz jasna do głosu dochodzą różnice gustów i temperamentów, ale - jak to w sitcomie bywa - nigdy nie prowadzą do tragedii trwających dłużej niż dwa odcinki.
Will i Grace to para pierwszoplanowa, ale czymże byłby serial komediowy bez efektownego tła: drugie (a chwilowo pierwsze) skrzypce gra inny duet. Przyjaciel Willa, Jack, najczęściej bezrobotny, z odcinka na odcinek odkrywający w sobie nowe talenty i powołanie, wielbiciel Cher, idealne wcielenie pedaliny, żyjącej życiem barwnego ptaka, bardzo szybko znajduje wspólny język z asystentką Gracie - Karen. 'Asystentka' to słowo na wyrost, Karen jest bowiem śmiertelnie bogata, pracę podjęła z nudów, przy czym przez 'praca' rozumie rozsiewanie w biurze swojego uroku w dowolnych, wyznaczonych własnym widzimisię godzinach.
Z chwilą premiery w 1998 roku, ten błyskotliwy sitcom stanowił przedsięwzięcie przełomowe: dwie gejowskie postaci w rolach głównych, to jak na tamte czasy było nie lada wyzwanie, nawet dla publiczności przywykłej już do wyczynów Ellen de Generes (bo na kobiety się heterykom, jak wiadomo, spokojniej patrzy). Chaotyczna czwórka zdobyła jednak sympatię widzów i uznanie krytyki. Serial ponad sto razy nominowany był do najróżniejszych nagród (w tym także gejowsko-lesbijskich), był jednym z nielicznych, którego wszyscy główni wykonawcy zdobywali kilkakrotnie złote statuetki. Rzecz jasna doczekał udziału wielu znanych osobistości (patrz lista poniżej).
Dziś, z perspektywy ośmiu sezonów i uznania jakie znalazł, można przyjąć, że to właśnie ten serial utorował drogę innym telewizyjnym produkcjom, coraz bardziej otwarcie traktującym o gejach i lesbijkach. Bez nich nie byłoby prawdopodobnie "QAF", "L-word", "Dante's Cove", telewizji here! ani Logo. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od nich, może być pokazywany w niekodowanych telewizjach w weekendy, w godzinach wczesnopopołudniowych.
Poza tym - przegięta czy nie: ta czwórka jest autentycznie zabawna. Dialogi skrzą się błyskotliwymi ripostami, po części zrozumiałymi głównie przez gejów i lesbijki. Wyczyny Jake'a jako rasowej drama queen budzą niekłamane uznanie, Karen - którą tak uwielbia - nie pozostaje daleko w tyle. Rzecz jasna trudno przez niemal dekadę utrzymać równy poziom artystyczny, ale Will i Grace nigdy nie nużą. Więc choć nieraz wytykano go palcami za powielanie pedalskich stereotypów, to panie i panowie: czapki z głów.
W Polsce serial pokazywany był przez nieistniejącą platformę Wizja1, obecnie nowa stacja, Foxlife funduje nam prawdziwie przyspieszony kurs, pokazując dziennie po kilka odcinków pierwszego i drugiego sezonu.
trudno zrobić geja z heteryka
muzyczne momenty wesołej ferajny
Will i Grace (Will & Grace)
sitcom USA, 196 odcinków, 1998-2006
reżyseria: James Burrows (186 odcinków)
pomysłowawcy: David Kohan & Max Mutchnick
występują: Eric McCormack, Debra Messing, Megan Mullally, Sean Hayes, Shelley Morrison,
gościnnie m.in.: Debbie Reynolds, Harry Connick Jr., Matt Damon, Alec Baldwin, Woody Harrelson, John Cleese, Minnie Driver, Sydney Pollack, Edward Burns, Jeff Goldblum, Eric Stolz, Jennifer Lopez, Cher, Kevin Bacon, Gene Wilder, Rosanna Arquette, Tim Carry, Lily Tomlin, Sharon Stone, Michael Douglas, Madonna, Glen Close, Demi Moore, Britney Spears, Joan Collins, Janet Jackson