Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abiekt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abiekt. Pokaż wszystkie posty

2011/12/17

Jeden z naszych ulubionych działaczy (w przypadku tego człowieka-instytucji wciąż mamy wątpliwości, czy nie ubrać słowa działacz w cudzysłów), eeee, od początku... zatem Wojtek Szot został nominowany do nagrody Stołek 2011.

Dla niewarszawskich i/lub mniej zorientowanych: Stołki to nagroda przyznawana od pięciu lat przez stołeczne wydanie Gazety Wyborczej (zwane właśnie pieszczotliwie 'stołkiem'). Redakcja wręcza ją osobie najbardziej w danym roku wyróżniającej się w działalności społecznej i kulturalnej w mieście i dla miasta (dla porównania przypominamy nominacje z roku ubiegłego i jeszcze poprzedniego). Dla równowagi przyznawane są także Nogi od Stołka - dla osób zasłużonych dla miasta niechlubnie. Dziwnym trafem z reguły są to miejscy urzędnicy.

Oczywiście nagrody przyznaje jury ale swego ulubieńca mogą wybrać także czytelnicy stołka oraz wszyscy inni, niekoniecznie święci. Gdyby ktoś był ciekaw, dlaczego uważamy, że Szot zasługuje na miejską nagrodę, odsyłamy do rzewnej elegii, którą swego czasu popełniliśmy na jego cześć. Okazuje się na tyle uniwersalna, że nie mamy chyba nic do dodania. Może poza argumentem, że warto byłoby dodać rywalizacji nieco pieprzyku - tęczowy Człowiek Roku w Warszawie? Why the hell not?

Zatem - logujemy się i głosujemy na stronie Wyborczej, wysyłamy maile oraz wspieramy naszego Kandydata ciepłym wpisem na fejsie. Regulamin dostępny tutaj. Ogłoszenie wyników - w Sylwestra.

2011/07/31

Za chwilę minie miesiąc, jak Abiekt oficjalnie potwierdził ostateczne zamknięcie wydawnictwa. Nie pisałem wcześniej, bo marudził o tym nie raz przez ostatni rok; potem - bo czekałem na ogłoszenie terminu uroczystego spalenia pozostałości nakładów – nadaremnie; widocznie postanowił ostatecznie celebrować ten moment w samotności. Najbardziej chyba jednak dlatego, że wciąż jakoś trudno mi to przyjąć do wiadomości. Poza Fun Home i Kochankiem czerwonej gwiazdy w powstaniu pozostałych książek maczałem swoje krótkie paluchy. Ale to nie tylko z powodu utraty profitów (żart) oraz natychmiastowej sławy (znów żart), jakie te tomy przynosiły, żal mi zniknięcia Abiekt.pl – są przynajmniej trzy daleko ważniejsze.

Po pierwsze (bo ewidentne):
Znika jeden z pierwszych i wciąż jeden z nielicznych rodzimych biznesów stricte gejowskich.

Po drugie (bo bezsporne):
Książki firmowane przez Abiekta cechowały się wypracowaną jakością: w doborze tytułów (patrz punkt trzeci), tłumaczeniach, nowoczesności eleganckiego składu, walorach językowych tekstów.

Po trzecie (clue):
Wojtek Szot wkroczył na nowe terytoria.
Jako pierwszy pokazał polskiemu czytelnikowi gejowskie i lesbijskie komiksy światowej ligi: Bechdel i Königa. To, że większe uznanie znalazły w środowisku komiksowym niż LGBT, świadczy wyłącznie o ogólnym poziomie percepcji w Polsce komiksu jako gatunku literackiego: poważne pozycje czytają wyłącznie pasjonaci. Poważne w rozumieniu 'wysokogatunkowe', bo przecież komedie Königa to światowy samograj i maszynka do robienia pieniędzy. U nas – patrz: tytuł posta. Zdając sobie z tego zapewne sprawę, Szot wprowadził w czyn coś, o czym marzyłem od dekady z okładem. Niestety, sprawdziły się też obawy.

Wobec powyższego ważniejsze pozostaje zatem być może, że obok importowanych (i potencjalnie kasowych) pozycji Abiekt wdrażał też własne projekty, którymi zawalczył o swojską, polską tożsamość pedalską. Ujmuję to tak kolokwialnie, bo zaproponował podejście organiczne, tak w odniesieniu do przeszłości jak i teraźniejszości. Homowarszawa i Art Pride pokazują obraz społeczności LGBT w Polsce w wymiarze społecznym, politycznym, kulturalnym, artystycznym. Równie ważkim elementem tego obrazu jest pamięć o Iwaszkiewiczu, co wspomnienie o miejscach anonimowego seksu.

Odnosi się w tych zabiegach do osiągnięć ruchu zachodniego - brak takiej 'zbiorowej pamięci', momentu ‘przekazania bagażu doświadczeń’ (vide Hollinghurst) jest zapewne jednym z powodów, dla których zaangażowanie w sprawy ogólnośrodowiskowe kształtuje się u nas na wiadomym poziomie, na który wszyscy narzekamy. Poprzez ogrom włożonej pracy w zebranie okruchów przeszłości Szot uświadamia i apeluje, jak ważne jest rejestrowanie tego, co dzieje się z nami tu i teraz. W tej działalności od początku zresztą konsekwentnie wychodzi poza ramy czysto ‘książkowe’.

Szot spaceruje po Homowarszawie [zdjęcie: Agencja Gazeta]

Pasja odkrywania bywa zaraźliwa, podobne inicjatywy w innych miastach dowodzą, że i inni uświadamiają sobie tę konieczność. To krzepiące, bo kto lepiej zajmie się naszą historią, jeśli nie my sami – rzetelnych badań naukowych doczekamy nieprędko, niechybnie w momencie, gdy to co dzieje się teraz odejdzie w sferę dedukcji i domysłów. Podobnie jak teraz rozmywa się z pozoru niedaleki wiek XX., z którego wiele da się jeszcze zapisać i - co ważniejsze - udokumentować. I Szot konsekwentnie to właśnie robi, jednocześnie jednak - jako niemal aktywista - działając w wymiarze jak najbardziej teraźniejszym i perspektywicznym.

Nie ma więc chyba powodów do ostatecznych rozpaczań. Bo może i zamyka się wydawnictwo, ale jego spiritus movens wciąż działa. Pomijając Miłość nie wyklucza, festiwal homowarszawski i uporczywe mieszanie w środowiskowym tygielku, pisze ponoć własną książkę na ulubione, historyczne tematy. Zabraknie więc Abiekt.pl, ale na pewno będzie co czytać i nad czym debatować.

No i proszę. Z krótkiej notki wyszła całkiem ładna laurka z kokardką.

2011/07/08

Krzysztof Jung, Paryż 1983 [źródło]

Urzekło nas to czupryniaste, krzaczaste i wąsiaste zdjęcie w flanelową kratę, retrolook z lat osiemdziesiątych, tu doprawiony liryzmem, który przebija z większości portretów tego pana.

Krzysztof Jung - przynajmniej od momentu wystawy Ars Homo Erotica w MN i wydania albumu Art Pride oficjalnie obwołany (nie tylko przez Pawła Leszkowicza) 'prekursorem polskiej sztuki gejowskiej'. Z okazji 60 rocznicy urodzin przedwcześnie zmarłego artysty homiki.pl publikują wspomnienie Wojciecha Karpińskiego, a Abiekt w ramach I Dni Homowarszawy zaprasza do odwiedzenia oryginalnego (w formie) grobu Junga na warszawskich Powązkach Wojskowych. W ostatnie zaduszki nie udało się sforsować przedwcześnie zamkniętej bramy, więc tym razem spotykamy się za dnia: 10 lipca o godzinie 13.00.

Oby nie padało...

Dwa malarskie autoportrety Junga po kliknięciu na 'czytaj więcej'.

2011/06/12

zdjęcie tygodnia: Robert Biedroń na czele prozwiązkowego klina na Paradzie Równości

No i przeszła. Zainteresowanie mediów okazało się mniej niż żadne, czemu poniekąd trochę trudno się dziwić, bo od kiedy się na warszawskich paradach uspokoiło z zamieszkami (tym razem brunatne towarzystwo odśpiewało tylko swoje mantry na rozpoczęcie imprezy), przemarsze zaczęły przebiegać podobnie, co moze sprawiać wrażenie, że wszystko zostało już załatwione.

Jak impreza wyglądała od strony maszerujących, opisaliśmy w zbiorowej relacji Homików, Trzyczęściowego garnituru, Abiekta (pod tekstem u tego ostatniego arcyciekawe wypowiedzi!) oraz niżej podpisanego, który ostatecznie dał się rzecz jasna wrobić w niesienie różowego potwora przez całą Marszałkowską. Przedtem zdążyłem jednak pokursować nieco swoim zwyczajem pomiędzy oboma końcami parady, skrajnie odmiennymi. Dla ciekawych oraz potomności - całość tekstu po kliknięciu na 'czytaj więcej'.

Jedyny póki co dowód na obecność queerpopa na Paradzie

Podsumowując:

In plus zaliczyć można organizatorom, że ostatecznie postawili na postulaty polityczne, jednocześnie dystansując się do dyrdymałów, które tradycyjnie trajkotali politycy z Komitetu Honorowego. Mam wrażenie, że wolta ta wymuszona została przez falę krytyki oraz rozmach, z jakim Miłość nie wyklucza wkroczyła ze swoimi postulatami, jednocząc pod białymi parasolkami osoby, które zwykle trudno posądzić o wspólne stanowisko. Płachtę z jednoznaczymi żądaniami nieśli przedstawiciele wszystkich frakcji działaczowskich. Chwała.

In minus - niska frekwencja, ostatnie platformy snuły się kompletnie bez publiczności. Część osób deklarowała absencję w związku z poczynaniami organizatorów, być może inna część nie przyszła z kolei obawiając się nadmiernego politykowania? Porażką okazał się rządek kilku bezbarwnych stoisk, buńczucznie zapowiadany jako 'miasteczko równości' - barwniej wypadł już nawet desant spod krzyża ds. walki z eurosodomą po drugiej stronie placu. Uczestników nie udało się przyciągnąć, nie dało się też zatrzymać. Także oficjalne afterparty Parady świeciło pustkami.

Rzecz jasna wszystko to nie przeszkodziło barwnemu pochodowi przejść radośnie przez miasto. Ze zdjęć, które pojawiły się niemal natychmiast na portalach i na fejsbuku zmontowaliśmy przekrojowe portfolio kilkudziesięciu wybranych. Dla tych co byli i nie byli. Mimo wszystko - jest czego żałować :)

Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

obejrzyj portfolio w większych rozmiarach. 

autorzy i źródła zdjęć: Agata Kubis (galeria FB), Radosław Cetra dla MNW (galeria FB), Bartosz Dominiak (galeria FB), Kuba Atys (Agencja Gazeta), Magda Dropek (galeria na IS)

2011/06/03

źródło: CBN Polona [oryginał]

Dziś z cyklu 'cudzesy palicie, bo swoich nie macie'.

Wiele na temat świadomości polskiej historii lesbijsko-gejowskiej mówi sam fakt, że zamiast fotki jakichś roztańczonych dragów czy innych kabaretowych szaleństw lat międzywojennych, czy choćby 60., prezentujemy znamienite grono nader ubranych panienek z dobrego towarzystwa (założycielek organizacji "Spójnia", zrzeszającej studentki-Polki w Petersburgu). Zdjęcie pochodzi z roku 1914, a pokazujemy je z uwagi na postać Zofii Sadowskiej (na zdjęciu siedzi pośrodku, w muszce i włosach spiętych w warkocz), pierwszej Polki z wyższym tytułem doktora uzyskanym na uczelni rosyjskiej, która dekadę później miała stać się główną bohaterką skandalu obyczajowego i lesbijskiego procesu sądowego.

Post factum nie dziwi zatem opis, który poświęciła Zofii w swych pamiętnikach jedna z ówczesnych koleżanek:

Niedużego wzrostu blondyna o włosach sięgających pięt (...) ma pełne, niebieskie oczy bez blasku i mdłą twarz o regularnych rysach. W zaciśniętych ustach i wąskich wargach czuć zaciętość i upór. Robi wrażenie zimnej, a może tylko twardej, bezkompromisowej, kto wie, czy pod tym chłodem nie goreje wulkan temperamentu i namiętności nieopanowanych.

O warszawskim skandalu z dr Sadowską w roli głównej szeroko pisała ówczesna prasa, echa rozprawy pojawiają się m.in. u Krzywickiej (nie tylko z uwagi na udział jej własnej ciotki w sprawie, ale także dzięki ogólnie plotkarskiemu zacięciu). Tym kanałem - inna rzecz, że dość nierzetelnym - sprawa przebiła się także do Homobiografii Krzysztofa Tomasika.

Ile podobnych sensacji kryją pamiętniki z epoki, archiwalne roczniki dzienników w bibliotecznych archiwach? Nie dowiemy się, dopóki nie znajdą się narwańcy gotowi to sprawdzić.

Nieprzypadkiem piszemy o tym właśnie dzisiaj - jutro rozpoczyna się pierwsza, dwudniowa edycja Dni Homowarszawy, imprezy wyrosłej na bazie pionierskiego wydawnictwa, która po pierwszych dwóch stołecznych spacerach śladami homiczej historii przepoczwarza się właśnie na naszych oczach w formułę festiwalu. Zaczyna się nieźle, bo wydarzenie już na starcie zyskało patronat miasta, starającego się wszak o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Skoro daje się dzięki temu zyskać dodatkowe wsparcie i rozgłos dla imprez LGBT - tym lepiej.

O ile Homowarszawa była projektem zbiorowym, to z wydarzenia na wydarzenie coraz ewidentniejsze jest, że nie byłoby kolejnych spacerów, akcji, artykułów, odkryć, gdyby nie Abiekt, niestrudzony orędownik odkrywania niehetoseksualnej historii polskiej stolicy: począwszy od ratowania chronologicznie najświeższych wspomnień o latach komuny (to on znalazł rozmówców i przeprowadził godziny wywiadów do książkowego wydania Homowarszawy, w dużej mierze dotąd niepublikowanych), po zapuszczanie się w międzywojnie i dekady wcześniejsze.

Homowarszawa. Przewodnik kulturalno-historyczny siłą rzeczy stanowił kompendium dość ogólnikowe, syntezę całokształtu problematyki, przeszłości z teraźniejszym obliczem miasta, ponadto krótki okres przygotowań nie pozwolił na dogłębniejsze studiowanie źródeł i podążanie mniej znanymi tropami. Tym większa chwała, że jako współautor i wydawca Abiekt nie spoczął na laurach, dotrzymał obietnic, i wciąż szuka nowych faktów, nazwisk, opowieści, które dowodzą, że pedalstwo, ubrane w nowoczesny skrót LGBTQ, nie jest bynajmniej wymysłem współczesnym, niezdrowym wynalazkiem ze zgniłego Zachodu.

zapowiedź Dni w stołecznej Gazecie [kliknij aby powiększyć]

Wiarygodne wróble ćwierkają, że wszystkie te poszukiwania, tygodnie spędzone w archiwach i bibliotekach, zaowocują większym, szeroko zakrojonym wydawnictwem, którego kolejne wrzutki, wyimki i spotkania są ledwie zapowiedzią. Życzmy Abiektowi, ale przede wszystkim sobie, by te zamiary się powiodły. Oby jak najwięcej znalazło się takich zapaleńców, bo ileż można ekscytować się importowanymi listami nazwisk, akcjami typu LGBT History Month, LGBT Heritage Month czy innymi miesiącami i rocznicami w roku, kiedy europejscy i amerykańscy geje i lesbijki z należną uwagą pielęgnują pamięć o przeszłości.

Tego rodzaju poszukiwania, projekty i publikacje (nawet jeśli faktów niewygodnych czy mało eleganckich, przez niektórych chętnie zamiatanych spod szafy pod dywan), budują historyczną bazę, na której oprzeć można współczesną tożsamość. Inicjatywy od rodzimych historyków nie doczekamy w tym względzie zapewne przez następne sto lat, po których nie bardzo będzie już co badać. Dlatego tym mocniej kibicujemy Abiektowi, który szczęśliwie znalazł formułę propagującą perspektywę historyczną w połączeniu z atrakcyjnymi eventami. Chętnych jak dotąd nie brakowało, co pozwala mniemać, że istnieje jednak poczucie luki, którą czym prędzej trzeba wypełnić.

Podczas jutrzejszego spaceru dowiemy się m.in. więcej o sprawie dr Sadowskiej oraz pikietowych zwyczajach pewnego posła na Sejm II Rzeczpospolitej. Start o godzinie 13.00 spod galerii Zachęta.

Całość programu I Dni Homowarszawy dostępna na blogu oraz na facebooku.

2011/03/22

W ubiegły piątek na łamach Innastrona.pl ukazała się nasza recenzja wydanej po latach książki Witolda Jabłońskiego. Jeśli ktoś jeszcze nie wie: to gejowskie romansidło, osadzone w czasach upadku PRLu, Berlińskiego Muru i paru innych instalacji Wujka Stalina i jego kontynuatorów. Rzecz pisana była na gorąco na początku lat 90., a ukazuje się dopiero teraz, bo wtedy nikt jej nie wydał, a następnie zaginęła.

Książka frapująca, raz - jako świadectwo epoki i ówczensego stylu życia i pisania, dwa - jako tekst, który w wymiarze krytyki systemów represyjnych niewiele jak się okazuje stracił na aktualności.

Skłonności homoseksualne są u schyłku PRL-u kompromitującym przyczynkiem do pogardy, represji, nadużyć czy wymuszeń. Jednak i tu rysuje się przełom - znamienna jest jedna z późniejszych scen, gdy podczas rozmowy w towarzystwie ktoś objaśnia, że teraz nie powinno się już mówić ciota czy 'pedał', ale 'gej', i rozpoczynają się dywagacje, jak odmieniać to nowe słowo. W kwestii zmian społecznych Jabłoński sygnalizuje nowe tendencje, choć nie byłby też sobą, gdyby pesymistycznie acz proroczo nie założył, że reżim czerwony zastąpiony zostanie czarnym. Pierwszą odsłoną batalii starego z nowym stanie się powieściowy skandal wokół inscenizacji w teatrze miejskim filozoficzno-pornograficznej "Justyny" markiza de Sade.
[czytaj całą recenzję]

170 stron mini-powieści czyta się lekko i szybko, całość - z uwagi na liczne sceny erotyczne - nosi znamiona skandalu (premiera odbyła się w warszwskim sex-klubie Fantom). Po raz kolejny należy się pochwała wydawnictu Abiekt.pl, które konsekwentnie odgruzowuje i przybliża branżową przeszłość Polski i Polaków (vide wcześniejsze Homo Warszawa i Art Pride). Niby to ledwie dwie-trzy dekady, a za następne dwie czy trzy pies z kulawą nogą by o tym wszystkim nie pamiętał. Wieść gminna głosi, że mimo tytaniczności tej pracy, jeszcze się nie zniechęcił...

Książkę Witolda Jabłońskiego, Kochanek czerwonej gwiazdy, nabyć można m.in. na stronach: Abiekt.pl, Bearbook.pl (patron wydania), Prideshop.pl i Gildia.pl.

 

2011/01/24


Glee na okładce oznaczać może tylko jedno: będzie o gejach.
Ubiegły tydzień minął pod znakiem wsadzania kijków w mrowisko, m.in. za naszym skromnym udziałem: na portalu InnaStrona.pl pojawił się nasz polemiczny tekst Gdzie są różowe masy? kwestionujący sens wprowadzania do polskich kin filmów spod szyldu LGBT, które niestety poziomem do projekcji w kinach nie dorastają. Z kolei niezawodny tandem Ewa Tomaszewicz / Wojtek Szot wysunęła - dla niektórych być może zaskakujący - postulat zrezygnowania z organizacji kolejnych parad, przynajmniej do momentu, kiedy będzie na jaki temat paradować. Czy tylko nam przypniało to inne sławne wystąpienie abiektowo-barbiegirlsowego duetu?
Obydwa artykuły i dyskusje pod nimi polecamy. Tymczasem dla odprężenia nasza ulubiona rozmówka tygodnia (via queerty):
What Happens When a Telemarketer Calls 2 Gay Dads, And Their Daughter Answers:
Little Girl: “Hello?”
Me: “Hi, may I talk to the lady of this residence?”

Little Girl: “That’s me.”

Me: “I mean, may I talk to your mom?”

Little Girl: “I have two dads.”

Me: “Oh well, never mind then. Have a nice day!”

Little Girl: “Wait! Why did you call?”

Me: “I’m selling make-up.”

Little Girl: “Oh! One of my daddies loves that stuff, it makes him look pretty when he goes dancing! Let me give him the phone! Dad! Dad! Some girl wants to make you look pretty!”
Pozostałe tematy, linkowane na fejsbukowym fanpejdżu w ubiegłym tygodniu:
Na koniec trudne tematy w zabawnej kreskówce - jako fragment większej całości pochodzi stąd.

2011/01/15


Śniadanie ze Scotem - gwiazdkowy hit Polsatu Tongariro


Wczoraj u Abiekcika ukazał się wspólny tekst dwuosobowego tandemu kinowego Szot/Pietras. Na bieżąco obejrzeliśmy sporo z akturalnej filmowej oferty LGBT, ze szczególnym uwzględnieniem oferty zaprzyjaźnionego Tongariro Releasing (Nić, Śniadanie ze Scotem, Pokój Leo, Mulligans, Podaj mi dłoń). Z dyskusji poprojekcyjnych urodziły się konstatacje, nie dotyczące bezpośrednio poziomu samych filmów, ile ich przekazu dla gejowskiej publiczności:
Tongariro przejawia poprzez dobór tytułów niechęć do rozliczenia się z rzeczywistymi trudnościami, z jakimi zetknąć się może (i często styka) osoba homoseksualna. Homofobia istnieje w tych filmach jedynie w dwóch wcieleniach – wyobrażonej, która w zetknięciu z rzeczywistością okazuje się urojona (wszyscy nas tolerują) i homofobii zinternalizowanej. Ta druga pokazywana jest głównie jako niezgoda na własne uczucia, czasem na tyle silna, że prowadzi do sprzeciwu wobec odmienności innych.

Udawanie, że realne problemy nie istnieją, a wszyscy są dla siebie mili to może ciekawa projekcja rzeczywistości, ale sztuczna, naiwna, a nawet niebezpieczna. Z tych filmów wynika przecież, że cały problem wykreowany jest przez gejów, którzy wmawiają sobie i innym, że na świecie jest źle, a przecież - co widać na ekranie - wszyscy są do nich przyjaźnie nastawieni.

Tymczasem ten kij - jak każdy - ma dwa końce: u części heteryckiej widowni może sprowokować wzruszenie ramion - po co przejmować się fikcyjnymi problemami jakichś ciot? Co bardziej świadoma część publiczności też odrzuci te filmy, ale ze zgoła odmiennego powodu: zrażona ich kontekstualnym fałszem. Nie jest przypadkiem, że filmy gejowskie, które dotychczas odniosły w Polsce wymierny sukces mówiły o (mniejszych lub większych) konfliktach, o walce z realnym zagrożeniem, jakie niesie coming-out w wymiarze społecznym i politycznym.

czytaj całość
Jak widać - temat poważny, tekst (uprzedzam) obszerny - do lektury całości zapraszam tu. W uzupełnieniu zapowiedź - kolejny spory tekst na temat szerzej rozumianej oferty kina LGBT w Polsce AD 2010 - już za kilka dni.

2010/06/25


Przepis na nieudany plakat renomowanego wydarzenia gejowsko-lesbijskiego w stolicy dużego kraju środkowoeuropejskiego:
  1. wziąć niedoświetloną, szaro-błękitną fotkę Pałacu Kultury, zrobioną spod śmietników przy Rotundzie PKO, utrzymaną w estetyce pocztówek z późnych lat siedemdziesiątych;
  2. na tak spreparowanym, szaroburym tle umieścić w warunkach studyjnych troje modeli, prezentujących (i reprezentujących) typy od czapy, które nikomu z niczym się nie skojarzą, a już na pewno nie z gejami i lesbijkami (sory, ale nagi tors nie uprawomacnia każdej imrezy jako pedalskiej);
  3. w świadomości braku jasnego przekazu do grupy docelowej śmignąć dodatkowo po niebie tęczowymi torpedami; 
  4. sięgnąć po fikuśnie prowokacyjne hasło, nie przystające ostrością do niczego, co powyżej, za to w reakcji przeciwników akcji gwarantujące, że przychodząc na imprezę adresaci komunikatu akurat będą mieli się czego obawiać;
  5. nie zapomnieć o zareklamowaniu przy okazji komercyjnych imprez, które zapewne całość sfinansowały, dekomponując przy tym dodatkowo kompozycję obrzydliwą fioletową czcionką rodem z imprez metalowych, która - jak wszystko - nie przystaje do całości;
  6. uprzedzić dezaprobatę niehomoseksualnej większości społeczeństwa i w pojednawczym geście wyręczyć furiatów od rękoczynów  poprzez wkomponowanie a priori w dzieło rozbitego jajka, które przynajmniej nie zasłoni żadnej z kluczowych informacji;
  7. brak spójności powyższej koncepcji oraz pojęcia, jak zostanie odebrana, podkreślić nietrafioną inauguracją dzieła, w postaci niemrawego happeningu z udziałem kilku znanych osób, najlepiej w budynku jakiejś szacownej instytucji.
Fundacja Równości w ostatnich latach jak nie Palikotem nas zdzieli, to jajkiem. O kontekście politycznym rzucania nabiałem poczytacie dość u osób, które obnażyły miałkość tej koncepcji tu i tu. Mnie osobiście powala bezpłciowość strony koncepcyjnej i estetycznej.
Co to za przebierańcy na tym plakacie, i kogo właściwie mają uosabiać? Pióra z tego co wiem na paradach nosi się w tyłku, nie na głowie. Państwo z lewej gibają biodrami z wdziękiem studyjnych modeli, maturzysta nie tylko się nie lęka, ale najwyraźniej w ogóle niewiele myśli.
Do tego papieskie hasło. Pomijając, jak zostanie odebrane w kontekście 'marszu europederastów': jak ten plakat ma zachęcić kogokolwiek do czegokolwiek, skoro brak lęku wyrażać mają na nim trzy osoby upozowane w kompletnie pustej przestrzeni, w kontekstualnej próżni?
Hasło pod tym plakatem powinno brzmieć chyba: dziw nad dziwy, przyjeżdżajcie do Warszawy, jedynej europejskiej stolicy, w której w ogóle nie ma ludzi ani samochodów, ani w ogóle niczego, bo samolotowe desanty codzień rano rozpylają w jego centrum wielobarwną mieszankę toksycznych odpadów radioaktywnych.
Ale najlepsze na koniec: jajko. Jakie to dowcipne od razu umieścić je na plakacie, bo i tak przecież obrzucą. W dodatku pozbawione wyjaśnienia (jak choćby wczoraj w Muzeum), żółtko rozmazuje się brzydko po grafice nie tylko estetycznie, ale także jako metafora. Nie zostało niestety opatrzone opisem: "ostatnie jajko rzucone w pedała w tym kraju" (co zresztą byłoby ewidentną nieprawdą). Co z tego zrozumieć mają zwykli przechodnie, nie czytający doniesień prasowych, o cudzoziemcach już nie wspominając? Czy atutem dobrego plakatu eventowego nie jest prosty przekaz, nawiązanie do imprezy i zachęcenie do niej?
Krótko mówiąc: ani to nie wygląda, bo misz-masz bez wyrazu; ani nie przemawia, bo skierowane do nikogo. W kilku miejscach pomyślano o dużo za dużo, za to brakuje myśli tam, gdzie być powinna: u podstaw. Czy muszę komentować, że organizatorzy tegorocznego Europride zarzekają się, że nie widzieli wcześniej 'dzieła', które ma być wizytówką ich (w dużej mierze jednak i dla wielu - komercyjnego) przedsięwzięcia?

2009/10/16



Dzisiaj Innastrona.pl opublikowała test Marcina Pietrasa, omawiający wydaną na początku miesiąca książkę "HomoWarszawę - przewodnik historyczno-kulturalny".

Zapewne jest "HomoWarszawa" dziełem wielce niekompletnym, nosi piętno subiektywizmu i słabości wszystkich prac zbiorowych. Jednak jak trudnym zadaniem okazuje się wyważona prezentacja tęczowej strony stolicy we wszystkich jej niuansach dowodzi ostatni rozdział, w którym znane osoby wypowiadają się na zadany temat: czy Warszawa jest homofriendly? Z odpowiedzi gejów i lesbijek pokroju m.in. Marty Abramowicz, Roberta Biedronia, Rysi Czubak, Żakliny, Jacka Kochanowskiego, Ygi Kostrzewy, Krystiana Legierskiego, Macieja Nowaka, Rafalali, Sławka Starosty, czy Bartosza Żurawieckiego wyłania się obraz niejednorodny, chwilami sprzeczny, i pośrednio potwierdzający tezę, że w takim miejscu się żyje, jakie się sobie samemu stworzy. "HomoWarszawa" należy więc uznać za wizję miasta jako wypadkową siedmiu stołecznych osobowości i ich najbliższego otoczenia. To ich ogląd metropolii, w której jako gejom i lesbijkom przyszło im żyć, a jednocześnie zaproszenie do dyskusji, weryfikacji i uzupełnień, bo przecież nie jest to wizja jedyna.

Całość na innastrona.pl.
Książkę nabyć można w księgarniach (m.in. Matras) oraz tutaj.

2009/10/15



Powróćmy, jak za dawnych lat...
A właściwie - cofnijmy się o dwa tygodnie :D
Dzięki uprzejmości Sławka Starosty, Abiekcik wrzucił dziś do sieci fragmenty zapisków pionierskiego spaceru. Oto jeden z nich, nakręcony u wylotu Chmielnej, tuż przed Nowym Światem:



Reszta dostępna tutaj.

2009/10/07


foto: Radosław Cetra | homiki.pl

Niedzielny spacer, promujący najnowszą książkę "HomoWarszawa" został szczegółowo obfotografowany (kilka fotek z pietrasem tutaj), tudzież opisany przez współwinnego pietrasa w zwięzłej relacji, którą zamieściły gościnne Homiki.pl, współwydawcy dzieła.
To naprawdę było coś, nawet po tych kilku dniach aż wierzyć się nie chce.
Kto przegapił, niech wygląda wieści o kolejnych przemarszach, a kto woli - niech się książką zadowoli :D

2008/05/07

Gdyby się kto zastanawiał, czemu ostatnio tak mało w tym miejscu się dzieje, to informuję, że po prostu tak wiele dzieje się gdzie indziej. Na przykład:



Albo na przykład:



Albo jeszcze tak:



Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, to trwa produkcja materiałów reklamowych do Festiwalu.
Wszystkie fakty zebrane pod adresem www.festiwalrownosci.pl. Bierzcie i czytajcie! Program imprezy - jeszcze w tym tygodniu :-D

2008/04/22




Walka dobiegła końca, ale warto było. Po całych tygodniach redakcji, poprawek, niekończących się dyskusji o partykułach i wykrzyknikach, gotowy jest skład pierwszego polskojęzycznego komiksu Ralfa Koniga.
Na pierwszy ogień (bo ufam, że ciąg dalszy nastąpi) poszedł tomik Konrad i Paul: Big Dick o przygodach gejowskiej pary z wieloletnim stażem. Te 2-3 stronicowe historyjki o perkatonosych ludzikach, to kronika codziennego pożycia, anegdoty mniej i bardziej poważne, czasem banalne - jak tylko banalna potrafi być codzienność, czasem rozbrajająco zabawne. Książka stanowi przy tym dla czytelników heterycznych prawdziwie antropologiczny przyczynek do przyjrzenia się, jak to po tej drugiej stronie bywa, niekoniecznie od razu z poziomu 'a kto u was robi za żonę, a kto za męża'.
Zainteresowanych tematem zapraszam na stronę abiektowego wydawnictwa, oraz - jakże by inaczej - na festiwal do Warszawy. Premiera książki będzie miała miejsce właśnie podczas tej imprezy, 1 czerwca 2008 roku w kinie Luna. Przewidziane są atrakcje oraz możliwość nieco tańszego zakupienia. Więcej w programie imprezy już wkrótce!