Na koniec nieco muzyki. Nie, nie Gaga, ona przecież jest wszędzie indziej. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czym trąci jej najnowszy megahit, samozwańczo i a priori okrzyknięty hymnem LGBT, ten chłopiec pięknie mu to wyśpiewa. Korzyścią dla publiczności może być też upublicznienie przy tej okazji mniej znanego demo Dusty Springfield pod tym samym tytułem. Dla kontrastu więc co innego: dopiero co pokazaliśmy Dave'a w repertuarze Eurythmics, a w teledysku Les Fatals Picards o znamiennym tytule Coming Out znajdujemy go w roli tatusia, który na wieść o homoseksualizmie syna reaguje nieco, ekhm, żywiołowo:
W tym duchu prezentujemy równie uroczą pocztóweczkę autorstwa Alfredo Roagui:
Fakt zhakowania po raz kolejny konta Britney Spears i oczekiwania przez nią nadejścia rychłego końca na mało kim robi już chyba wrażenie.
Czemu się dziwić, skoro australijscy fani tak bardzo zniesmaczeni są faktem, że Brit Brit śpiewa z playbacku! No a poza tym, problemy Brit to pikuś nic w porównaniu z wyzwaniami, wobec których co rano staje Pink:
Zaprawdę powiadam wam, gwiazdy to tacy sami ludzie, jak my. Ja z racji metrażu nie mogę zbłądzić do sauny, ale konsekwentnie staram się niestarannie osikać muszlę.
Blogowanie o mediach ma to do siebie, że starsze spośród wklejonych materiałów po prostu znikają z sieci, i jeśli nie podwiesza się ich z własnych serwerów, co drugi wpis pozostaje nagle bez ilustracji filmowo-muzycznej (zwłaszcza w przypadku przecieków takich jak ten). Na wczorajszą wieść, że z sieci zniknęły clipy sympatycznego Michaela DiMartino, o którym pisaliśmy tutaj, nieco się zmartwiliśmy, bo przecież nie widzieliśmy dla tego zniknięcia żadnych powodów.
Jednak już krótka wizja lokalna pokazała, że clipy mają się jak najlepiej, wszystko wskazuje na to, że CaptainL0ver po prostu się zreorganizował na swojej stronie. Linki podmienione, a przy okazji okazało się, że od ostatniego wpisu tłumacz języka migowego spełnił swe zapowiedzi, i nadal kręci klipy do muzyki Britney i innych wykonawców. Oto zapowiadany wcześniej teledysk do If You Seek Amy, z podwójnym niezbyt przyzwoitym znaczeniem tytułu...
Po gejowskiej blogosferze od kilku dni krąży nowa wersja spearsowego Womanizera. Poza faktem, że do hitu Britney tańczy na wpół roznegliżowany, młody, żywiołowy, gładki chłopiec, jego wersję wyróżnia, że stworzona została dla osób słabo słyszących i niesłyszących.
Michael, z zawodu migacz, do choreografii wplata tłumaczenie tekstu piosenki w języku migowym, i trzeba oddać - robi to z wielkim wdziękiem (co niekoniecznie ma związek z ujmującym, łobuzerskim uśmiechem). Dodatkowo Michael sam dokonuje montażu teledysków, starając się, aby rytmem też jak najlepiej oddawały przebieg utworu, stąd sporo tu przebitek, fleszy i innych krótkich efektów wizualnych.
Jako Captainl0ver DiMartino tańczy i tłumaczy także innych: Rihannę,Busta Rhymesa, czy Daft Punk, ale to dzięki teledyskom do Brit stał się sławny - jego interpretacja trafiła na jej oficjalną stronę. Nic dziwnego, że nastąpił ciąg dalszy w postaci Kill the Lights. I wiecie co? Do tego kawałka Michael tańczy jeszcze seksowniej. Może dlatego, że nie tylko górną połową ciała ;)
W przygotowaniu kolejny klip, tym razem do niesławnego If You Seek Amy, w którym DiMartino chce oddać także językowe dwuznaczności tekstu. Tymczasem jego jutubowy kanał przerodził się w popularnego vloga, na którym opowiada o swoim gejostwie i sposobie na życie. A ma o czym, bo nie sposób odmówić mu pasji do tego, co robi... W przyszłości na przykład chciałby wrócić do śpiewania. A wtedy znów o nim napiszemy.
Z przyjemnością.
Tak się jakoś złożyło, że dzisiejszą (krótką) edycję plotek poświęcimy w całości mniej lub bardziej spekakularnym powrotom.
Wiadomością tygodnia niewątpliwie pozostaje powrót Króla Popu, który własnoustnie zapowiedział serię koncertów na londyńskiej O2 Arena w czerwcu 2009. Nie milkną spekulacje co do kondycji starzejącego się Michaela, stąd doradza się zakup biletów na pierwsze koncerty w obawie, że ostatnie już się nie odbędą. Taka perspektywa robi wrażenie na fanach - strona piosenkarza zbombardowana została (i zawieszona) 16.000 odwiedzin na sekundę, mimo że sprzedaż biletów rusza - nomen omen - 13 marca.
Cały świat zelektryzowało wyznanie, którym Brit podzieliła się po jednym z numerów tanecznych przez niewyłączony mikrofon z publicznością koncertu w Tampie. Ledwie kilka godzin trwało ogólnonarodowe poszukiwanie nagrania ze zdarzenia, dzięki któremu mamy dowód: Brit ma tak skąpe kostiumy, że zwisa jej z nich cipka.
Pet Shop Boys nie ustają w promocji. Wraz z niedzielnym wydaniem Mail on Sunday, rozdali rodakom ponad 2 miliony egzemplarzy kompilacji z remiksami swoich największych hitów, zamkniętej utworem Did You See Me Coming? z najnowszej płyty.
Powraca także inna legenda, biały z natury Eminem. Singiel już bije rekordy pobrań, płyta w maju, a - jak zauważył Perez Hilton - gościu zeszczuplał i wygląda bardziej gejowsko, niż kiedykolwiek.
Z pań powrót z nową płytą zapowiada Natalia Imbruglia, która póki co wystąpiła w filmie. Z kolei na serię koncertów reaktywuje się kolebka Gwen Stefani, No Doubt.
O mało co byśmy zapomnieli, ale oto jest cotygodniowy przegląd. Po dniach pełnych podniosłych, politycznych treści, czas na wieści mniej doniosłe, ale zawsze (para)muzyczne:
Za to Kanye West nadal i z zastanawiającym uporem zaprzecza, że jest gejem. Jego własne domniemane słowa, jakoby chętnie zagrał w pornosie, także w układzie z mężczyzną, poruszyły go na tyle, że na blogu zaczął używać samych WIELKICH LITER. Nam najbardziej podoba się apel: Let me be great! No i aha, to gMail jest winny całemu złu.
Legendarna Grace Jones nie tylko wciąż nieźle śpiewa, ale też prezentuje się równie niestestosownie dobrze, podobnie jak inne ryczące pięćdziesiątki. I tak z okazji hucznego kambaku, jako ekscentryczna ikona, przyozdobiła okładkę modowego V Magazine. Obok fotek, jest też wywiad.
W sieci pojawia się krótki, a mimo to nudnawy, filmik o sesji Madonny dla Vuittona. Jeśli warto go obejrzeć, to dla uroczego Marca Jacobsa, który uroczo ściąga okulary, gdy mówi prosto do kamery, udając, że dysponuje wzrokiem sokoła.
Kate Perry i Lilly Alen walczą o uwagę publiki: jedna wyciąga asa i ślubuje rok bez seksu, druga przebija doraźną opowiastką, jak to migdaliła się z parą sióstr-lesbijek. Pasujemy.
Brit napisze (lub ktoś za nią) autobiografię na podstawie pamiętników z ostatnich lat. Ponoć wyjdzie z tego seria książek. Można by skwitować, że kto by tam czytał, ale Brit niewiele to chyba obejdzie, bo już zainkasowała 14 milionów bagsów.
Kiedy warto, nie wstydzimy się papugować.
Ten pan nazywa się Brandon Stroughton, liczy 28 wiosenek (więc już na pewno jest panem). QueerTunes urzekł, pięknie ulegając Brit i pozwalając się odrzeć z garnituru w jej słynnym Womanizerze.
Jak dla nas słynnym tylko dla tego spojrzenia.
Świeżuchne zdjęcia autorstwa tych panów. Ciekawskich odsyłamy po więcej tutaj.
A my zatapiamy się znów w bezkresie oczu tych.
Ych!
Trzecie wydanie plotkomanii. Dzisiaj przekonaliśmy się, że nie trzeba wcale szwendać się po zagranicznych serwisach, żeby wyszukać równie bzdurne informacje i to nawet w większej obfitości.
Specjalnie dla naszych PT Czytelników przedarliśmy się przez plewy o Lilly Allen z trzecim sutkiem i hojnie obdarzonym bratem, o nasilających się zakusach discopolowców na queerowy bastion Eurowizji, o boleśnie podrasowanych zdjęciach Fergie, oraz o tych i innychleszczach polskiego szałbiznesu.
Donosimy natomiast, co następuje:
Redaktor onet.pl, Paweł Piotrowicz, przeprowdził subiektywny ranking najbardziej męskich-niemęskich gwiazd muzyki i filmu. Co do kryteriów: "pominęliśmy zbyt oczywistych transwestytów i transseksualistów, jak i panie, które (...) stroją się na mężczyzn, ale (...) nie budzą z tego powodu większych emocji". Wyszło, że najbardziej przegięte jest emo z Tokio Hotel.
Madonna nie ustaje w pozowaniu, ostatnia sesja wyszła jak zwykle, zwłaszcza doceniamy naturalizm niektórych fotografii (patrz powyżej). Co by nie zrobiła, Madge trzepie regularną kasę: w ubiegłym roku coś pod 300 mln USD, dzięki czemu znów okazała się najlepiej zarabiającą piosenkarką na świecie. I bez konieczności sprzedaży swoich nagich fotek.
Infomuzyka.pl rozmawia z MassKotkami o pracy dla teatru, poszerzonym składzie oraz wygórowanych oczekiwaniach widowni.
Następna w kolejce do kariery filmowej ustawiła się inna pulpetka, Emma Bunton.
Wirtualna Polska szuka dla Arcydziewicy Polskiej Piosenki Jęczanej, Gosi A., kandydata do rozdziewiczenia. Pudzian się dziwi, ale na ochotnika też się nie zgłasza. No comments.
Boyzone wybrany najgorszym irlandzkim zespołem, został odznaczony tamtejszym, muzycznym odpowiednikiem Złotych Malin. Tymczasem ich konkurenci i starsi bracia w fachu, Take That, pojawili się, każdy z członków osobno, na czterech wariantach okładki ostatniego numeru Attitude. To chiba znaczy, że ich geje znów polubili...?
Ciąg dalszy za tydzień...
Ogłoszenie parafialne Tym chłopcom z niewiadomych przyczyn masowo i regularnie po pierwszym użyciu giną gatki. Ktokolwiek zna ich losy (gatek, nie chłopców), niech przestanie.
Imeem.com zachęca do głosowania, która wersja Womanizera jest lepsza. QueerTunes ma swoje zdanie o rozdmuchanym za wielką kasę "comebacku" Britney. Nie taka znów wybitna piosenka w ustach Lilly Allen i w lindoperrowej aranżacji pokazuje swój urok. Gdyby tylko odrzeć najnowszą płytę pani Spears z całego studyjnego hokus-pokus, okaże się, że Circus zawiera całkiem ładne melodie. Szkoda tylko, że zagłuszone elektronicznym popiskiwaniem i mnóstwem pustych dźwięków, jakie próbuje wydobyć z siebie wokalistka.
premiera: 2 grudnia 2008 r, wytwórnia: Jive Records
Cyrk prawdziwy.
Krótko: ostatnia płyta Brit to jakaś kompletna pomyłka. Udawanie, że oto wróciła popowa księżniczka zakrawa na śmieszność, gdy wokalistka zbiera komplementy, że podczas któregoś z występów nareszcie udało jej się zbornie poruszać ciałem i ustami do playbacku. Imeem.com udostępnił listę z płytą Circus na tydzień przed premierą (teraz okrojoną do 30-sekundowych fragmentów), ale szczerze – do dziś nie udało mi się dobrnąć nawet do połowy.
I nie chodzi nawet o to, że każdy utwór zaczyna się identycznie popierdująco-stukającymi dźwiękami. Jeszcze bardziej od warstwy ‘muzycznej’ irytuje tekstowa i mentalna, bo ileż lat dorosła kobieta po przejściach, które dokładnie zna cały świat, może postękiwać bez końca swoje ‘baby-baby’ na emocjonalnym poziomie czternastolatki. Nie mówiąc już o tym, że Circus jest tak wtórny do poprzedniej płyty, że na ucho trudno odróżnić, której się akurat słucha (to także przypadłość najnowszej Madonny, w tym względzie panie idą ramię w ramię).
Britney dała ciała. I nazwiska. I - niestety - głosu. Byle wschodząca gwiazdka 17 edycji albańskiego Idola poradziłaby sobie pewnie z tym samym materiałem dużo lepiej...
Nie.Wytrzymam.
Wirtualnemedia.pl (skądinąd bardzo szacowny portal), powtarza za innymi, byle papugować często wyszukiwane nazwiska:
2 grudnia w USA ukaże się nowy album Britney Spears.
Dzieło nosi tytuł "Circus", a promuje je singiel "Womanizer".
No żesz, k...-jego-mać, jakie DZIEŁO?
Słowa tracą sens, masy sikają po nogach na brzmienie robotycznych głosów i na widok ździrowatych panienek z fotoszopa. Świat się kończy...
Można iść do Idola, można do jutuba, majspejsa i wszelkich innych stron muzyczno-lanserskich. Pomysł nie taki głupi, skoro już parę osób na clipach stamtąd karierę robi i zrobiło. Przy okazji przeczesywania bezskresnych zasobów tych serwisów można dowiedzieć się na przykład, że gejątka z całego świata nadal kochają Britney, i nie tylko wygłaszają w jej obronie płomienne tyrady (jak osławiony już Criss Crocker, który w konsekwencji doczekał własnego show w telewizorni), ale także grają, tańczą i śpiewają.
Dwa przykłady poniżej - z Włoch oraz z RPA - dowodzą, że przy zastosowaniu nawet nieskomplikowanych, nowoczesnych technologii, w chałupniczych warunkach bez większych problemów i nakładów finansowych można wyprodukować kawałki, w niczym nie ustępujące oryginałom, a może nawet je przewyższające. Obaj chłopcy z prawdziwą pasją chwycili za mikrofony, kamerki, i w domowym zaciszu, jeden w kotłowni, drugi - jak sam pisze - w swojej sypialni, wykreowali dwa światy i dwie różne wizje Britney.
Jak w tym układzie traktować samą Britney, która za gigantyczne, pompowane w nią przez producentów pieniądze, wydaje z siebie niewiele więcej? Bez komentarza.
Will i Grace poznają się na studiach, tworzą parę, nawet się zaręczają. Kłopot w tym, że Will jest gejem i postanawia to wyjawić w przeddzień ślubu. Skandalu nie ma, ale ich drogi rozchodzą się do czasu, gdy - już jako prawnik i dekoratorka wnętrz - przypadkiem wpadają na siebie w supermarkecie. Grace próbuje sobie ułożyć życie - za chwilę ma podjąć drugą próbę wyjścia za mąż. Jednak spotkanie z Willem uświadamia jej, że to znów nie jest to. Zrywa zaręczyny, tym samym lądując w kłopotliwej sytuacji: musi naprędce znaleźć jakieś lokum. Nowo odnowiona przyjaźń zostaje wystawiona na próbę: wydaje się, że wspólne zamieszkanie to idealne rozwiązanie.
To nieledwie początek serialu, a właściwie jego prehistoria. Pierwsze odcinki ukazują właśnie początkowy okres wspólnego życia, jakie zafundowali sobie na powrót niegdysiejsi narzeczeni. Rzecz jasna do głosu dochodzą różnice gustów i temperamentów, ale - jak to w sitcomie bywa - nigdy nie prowadzą do tragedii trwających dłużej niż dwa odcinki.
Will i Grace to para pierwszoplanowa, ale czymże byłby serial komediowy bez efektownego tła: drugie (a chwilowo pierwsze) skrzypce gra inny duet. Przyjaciel Willa, Jack, najczęściej bezrobotny, z odcinka na odcinek odkrywający w sobie nowe talenty i powołanie, wielbiciel Cher, idealne wcielenie pedaliny, żyjącej życiem barwnego ptaka, bardzo szybko znajduje wspólny język z asystentką Gracie - Karen. 'Asystentka' to słowo na wyrost, Karen jest bowiem śmiertelnie bogata, pracę podjęła z nudów, przy czym przez 'praca' rozumie rozsiewanie w biurze swojego uroku w dowolnych, wyznaczonych własnym widzimisię godzinach.
Z chwilą premiery w 1998 roku, ten błyskotliwy sitcom stanowił przedsięwzięcie przełomowe: dwie gejowskie postaci w rolach głównych, to jak na tamte czasy było nie lada wyzwanie, nawet dla publiczności przywykłej już do wyczynów Ellen de Generes (bo na kobiety się heterykom, jak wiadomo, spokojniej patrzy). Chaotyczna czwórka zdobyła jednak sympatię widzów i uznanie krytyki. Serial ponad sto razy nominowany był do najróżniejszych nagród (w tym także gejowsko-lesbijskich), był jednym z nielicznych, którego wszyscy główni wykonawcy zdobywali kilkakrotnie złote statuetki. Rzecz jasna doczekał udziału wielu znanych osobistości (patrz lista poniżej).
Dziś, z perspektywy ośmiu sezonów i uznania jakie znalazł, można przyjąć, że to właśnie ten serial utorował drogę innym telewizyjnym produkcjom, coraz bardziej otwarcie traktującym o gejach i lesbijkach. Bez nich nie byłoby prawdopodobnie "QAF", "L-word", "Dante's Cove", telewizji here! ani Logo. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od nich, może być pokazywany w niekodowanych telewizjach w weekendy, w godzinach wczesnopopołudniowych.
Poza tym - przegięta czy nie: ta czwórka jest autentycznie zabawna. Dialogi skrzą się błyskotliwymi ripostami, po części zrozumiałymi głównie przez gejów i lesbijki. Wyczyny Jake'a jako rasowej drama queen budzą niekłamane uznanie, Karen - którą tak uwielbia - nie pozostaje daleko w tyle. Rzecz jasna trudno przez niemal dekadę utrzymać równy poziom artystyczny, ale Will i Grace nigdy nie nużą. Więc choć nieraz wytykano go palcami za powielanie pedalskich stereotypów, to panie i panowie: czapki z głów.
W Polsce serial pokazywany był przez nieistniejącą platformę Wizja1, obecnie nowa stacja, Foxlife funduje nam prawdziwie przyspieszony kurs, pokazując dziennie po kilka odcinków pierwszego i drugiego sezonu.
trudno zrobić geja z heteryka
muzyczne momenty wesołej ferajny
Will i Grace (Will & Grace)
sitcom USA, 196 odcinków, 1998-2006
reżyseria: James Burrows (186 odcinków)
pomysłowawcy: David Kohan & Max Mutchnick
występują: Eric McCormack, Debra Messing, Megan Mullally, Sean Hayes, Shelley Morrison,
gościnnie m.in.: Debbie Reynolds, Harry Connick Jr., Matt Damon, Alec Baldwin, Woody Harrelson, John Cleese, Minnie Driver, Sydney Pollack, Edward Burns, Jeff Goldblum, Eric Stolz, Jennifer Lopez, Cher, Kevin Bacon, Gene Wilder, Rosanna Arquette, Tim Carry, Lily Tomlin, Sharon Stone, Michael Douglas, Madonna, Glen Close, Demi Moore, Britney Spears, Joan Collins, Janet Jackson