Robyn zrobiła w ostatnim czasie wiele, by przekonać świat, że nie jest już tą samą osóbką, która jako nastolatka wyśpiewywała (jak zwykle całkiem zresztą przyzwoity) szwedzki pop. Z obiecującej małolaty podrygującej Show Me Love, wyrosła przez kilkanaście ukrycia na electro-extravaganzę, z którą bez oporów współpracują, Diplo Röyksopp czy I Blame Coco, ale i - z całkiem innej beczki - Snoop Doog. Wydaje pod własną marką, więc może wszystko, z czego wniosek, że aktualne produkcje to jej żywioł prawdziwy. A przy okazji nieźle sprawdzający się na pierwszych miejscach list przebojów.
Jej wizerunek jest na tyle młodzieńczo-zadziorny, że została wytypowana do uświetnienia faktu wyróżnienia w jej rodzimej Szwecji niejakiej Björk Guðmundsdóttir doroczną nagrodą Polar Music Prize, wymyśloną niegdyś przez managera ABBY, a wręczaną (wraz z pokaźną gotówką) od 1989 roku. W trakcie ofrakowanej gali - obok Björk tegorocznym laureatem został Ennio Morricone - Robyn oddała swój hołd niedoścignionej islandzkiej koleżance, wykonując z towarzyszeniem orkiesty jej klasyk, Hyperballad. I cóż, poległa:
Może to sukienka. Może to orkiestra. Może to Maybelline. Zobaczyć minę Björk - bezcenne.
Ale czemu się dziwić: ona w tym samym czasie przeszła swoją własną drogę od popu (jakim-rozumie-go-björk) do Muminków. I bynajmniej się przy tym nie uwsteczniła. Zresztą, sukienka i makijaż też mówią za siebie.
Co do powyższej oraz innych interpretacji tego wieczora: nie wszyscy i nie wszystko nadają się na galę. A już najmniej sama Björk, na której twórczości, a przede wszystkim wokalach nietrudno się wyłożyć. Dlatego Björk jest tylko jedna. I dlatego może ubierać się tyłem do przodu i choćby w lampki choinkowe, a i tak dostaje od swojego kraju wyspę, a od szwedzkiego króla - ponad sto tysięcy zielonych. Jak przed nią Gillespie, Dylan, Lutosławski i reszta zacnego grona.
Bo nagroda PMP zdaje się premiować zdrową zasadę, którą - na szczęście - wciela też Robyn: Róbmy swoje.
Ok. Walczyliśmy ze sobą, żeby tego pokazać, bo to w końcu nie fanowska strona Kylie.
Ale okazja taka jak doroczny koncert w centrum artystycznym Watermill nie nadarza się rzadko, klipy nas ujęły i po prostu nie potrafimy się przemóc. Oto dwie gejowskie divy pojawiły się i zaśpiewały wspólnie niejeden kawałek na koncercie zamykającym sezon letnich warsztatów ośrodka, biletowanym za niebanalną kwotę od 150 do 1.000 dolarów za sztukę (ta ostatnia kwota uwzględniała uścisk dłoni primadonn po występie).
Naczelna drama queen amerykańskiej sceny, Rufus Czerwonowłosy (na zdjęciach powyżej nie bardzo to widać), zmierzyła się niniejszym z repertuarem dużo lżejszym niż zazwyczaj, bo też Minożka przecież przy nim malutka i zwiewna, choć bynajmniej nie bardziej przegięta. Kylie najwyraźniej nieźle się bawiła, pokazując sporo dystansu do siebie, oraz że radzi sobie nie tylko przy wsparciu łupanek z playbacku i feerii brokatów na muskułach wyprężonych tancerzy w tle. Swoją Aphrodite zaśpiewała a capella.
W repertuarze dominowały piosenki Kylie (Locomotion, Can't Get You Ouf of My Head, All the Lovers), pojawiły się jednak także klasyki: Don't Go Breaking My Heart i Somewhere Over the Rainbow. Poniżej najlepszy jak dotąd technicznie fragment występu z tubki, więcej linków, pełen repertuar i wrażenia z koncertu m.in. tutaj i tutaj.
(a) Lubimy ładnych panów w ładnych ciuszkach - bez ciuszków zresztą też.
(b) Lubimy Annie Lennox - nawet akustycznie (a czasem zwłaszcza akustycznie).
Jednak tym razem (a) + (b) zdecydowanie nie równa się (c).
Pomysł, by najnowszy pokaz D&G, Spring/Summer Collection 2011 podczas Milan Fashion Week (którym para obchodziła zresztą 20-lecie swojej działalności), uświetniła naczelna walkiria muzyki pop, niestety... ekhm... nie zagrał. La Lennoxa, uzbrojona na tę uroczystą okoliczność w zawiesistą kolię, wybębniła poruszające wersje swoich hitów: No More I Love You's, Why, Whiter Shade of Pale, There Must Be An Angel i Little Bird.
I owszem, były poruszające. I kolekcja była poruszająca. Niestety, nie poruszały się nawzajem. Zastępy umięśnionych ciał maszerujące rytmicznie do wokalno-klawiszowych improwizacji, wyglądały kuriozalnie. Proponujemy się więc zapoznać z zapisem filmowym dwa razy: najpierw ze ściszonym dźwiękiem, potem z zamkniętymi oczami.
Jednoczesne słuchanie i oglądanie grozi schizofrenią.
Minoga bardzo ostatnio zajęta, wszak machina promocyjna jej afrodyciego albumu rusza z kopyta.
W ramach pokazywania się tu-i-tam, Kylie zawitała w ostatni weekend do Nowego Jorku, gdzie poprowadziła charytatywną galę amFAR, podczas której celebryci mody dobroczynnie jednoczą się pod sztandarami walki z AIDS. W tym roku za wkład w finansowanie badań nad tą chorobą wyróżnili nagrodami Jeana Paula Gaultiera oraz Ricky'ego Martina, który pokazał się publicznie po raz pierwszy od swego coming-outu (obecności na okładkach prasowych nie liczymy). Oprócz obowiązkowego pokazu mody, wieczór uświetniły swą muzyką Cyndi Lauper, Kelly Rowland oraz Estelle.
Za kulisami powstało natomiast zdjęcie, na widok którego zdecydowanie miękną serducha większości gejowskich blogerów (i nie tylko blogerów):
Kylie nie spoczęła jednak po sobotnim wieczorze na laurach, i ruszyła do sławetnego klubu Splash, by okazać gejątkom swoje oddanie, i zaśpiewać kilka nut z wytupywanej już niecierpliwie płyty. Jak można się spodziewać, wywołała tam ekstazę i spodziewającej się jej wizyty publiki, co skwapliwie uwieczniły liczne telefony komórkowe:
Czy musimy dodawać, że tymczasem w sieci furorę robi megamix kawałków z płyty?
O nocnej uroczystości American Music Awards trzeba wspomnieć przynajmniej z dwóch powodów. Po potyczkach z magazynem OUT Adam Lambert bez ogródek zaznaczył swoją seksualność, która we wszystkich doniesieniach przykrywa szczęśliwie walory muzyczne prezentacji. Operatorzy telewizyjni robili co mogli, ale migawki Adama z tancerzem u krocza oraz całującego się z klawiszowcem i tak przedostały się do świadomości publicznej. Chociaż trzeba oglądać uważnie - wspomniane momenty: 1'00" i 3'24".
No i jakże moglibyśmy pominąć Lady G., która zaprezentowała fragmenty dwóch swoich utworów, o nieco odmiennej stylistyce. Najpierw było bardzo ciemno, a potem na scenie płonął fortepian.
Oprócz tego występowały inne gwiazdy, jak choćby... eeee... Janet Jackson oraz JLo, która nieszczęśliwie wylądowała podczas wygibasów na parkiecie całym swym siedzeniem (2'43"). I dobrze jej tak, zawsze powtarzamy, żeby jednak nie przesadzać ze skakaniem z faceta na faceta...
Aha, no i przecież, były też nagrody :D
Najwięcej zdobył ś.p. Michael Jackson, a z żyjących - Taylor Swift. Poza tym jak zwykle: Black Eyed Peas, Beyonce, Jay-Z, Whitney Houston i takie tam...
W poniedziałek polska prasa wciąż o koncercie.
Niezależnie od skali entuzjazmu, wszyscy podkreślają niejaką bezduszność scenicznej machiny. Najkrytyczniejsze w tym względzie okazało się chyba Życie Warszawy:
Najboleśniejszy był jednak deficyt żywiołowości, niewykalkulowanego zaangażowania, czegoś, co wyznaczyłoby granicę miedzy artystą a produktem.Cóż z tego, że na bemowskim lotnisku pojawiło się 80 tysięcy ludzi, skoro ich sznur ciągnął do wyjścia jeszcze podczas trwania utworu „Give It 2 Me”. Widzowie – znając program widowiska z Internetu – wiedzieli, że na bisy nie ma co liczyć. I bez specjalnego skrępowania pokazali Madonnie plecy.
Jednocześnie wszyscy też nadmieniają: to właśnie polskim fanom udało się na chwilę wsadzić serducha w tryby i zatrzymać walec. Wydarzenie poprzez relację Associated Press przebiło się m.in. do serwisu BBC, a zapis z machania i śpiewów wylądowała na oficjalnej stronie Królowej Pop. Wyborcza kwituje:
Można jej wierzyć albo traktować te słowa jak jeszcze jeden element gry, którą prowadzi z fanami. Ale już sam fakt, że na chwilę role się odmieniły i że to nie Madonna, ale jej polscy fani przez moment byli gwiazdą tego koncertu, sprawia, że jej warszawski występ był wyjątkowy.
Nie bylibyśmy pewni i tego.
Na innych koncertach po wykonaniu You Must Love Me, Madonna wręcz tonęła we łzach. Zapewne równie spontanicznych.
Mija doba od zakończenia (nie)sławetnego koncertu, a emocje wciąż nie opadają.
Nie sposób wręcz rozmawiać o czymś innym, niż Królowa Popu, a z rozmów wyłania się powoli całościowy obraz występu.
Żeby nie zanudzać, oto queertunesowe refleksje w skrócie:
Bilety: swobodnie dostępne w dniu koncertu, jeszcze godzinę przed rozpoczęciem koniki machały karteczkami przy wejściu. Kto sprytniejszy, zakupił tani bilet około 16.00, by dwie godziny później zaklepać miejsce pod samą sceną. Histerie na punkcie zakupu w pierwszą noc sprzedaży jawią się w tym kontekście jako przekomiczne. Wejście: wrażenia różne. Chwilami zatory, chwilami bardzo sprawne, kontrola bagażu niemal zerowa. Największy żal - tylko jedno wejście, można było spokojnie obsłużyć te tłumy kilkoma. Informacja też nieszczególna, skoro ludzie byli zawracani kawał drogi tylko dlatego, że muszą po wejściu pobrać jeszcze stosowną do sektora opaskę na przegub. Trybuny: stosunkowo daleko od sceny, co nawet VIPy odczuły na własnej skórze. Scena: Pierwsze wrażenie - mała. Niestety, w trakcie show potwierdziło się w pełni. To samo dotyczy niestety rozmiarów telebimów. Zwisające po bokach szmaty z symbolem "M" mimo cekinków powiewały jak tandetne zasłonki. Kto naoglądał się rozmachu Confessions Tour, mógł się poczuć zawiedziony. Support: celowo nie podamy ponownie światowego nazwiska pana, który całkowicie się zbłaźnił, puszczając doskonale znane remiksy innych. I po co, skoro publika już się nieco rozgrzała, była komu jeszcze potrzebna godzinna przerwa przed wejściem Gwiazdy Wieczoru...? Pogoda: po pół godzinie koncertu gwiazdy świeciły już nad głowami publiki jak się patrzy. Niestety, temperatura gwałtownie spadała, co zaowocowało zmarzliną na trybunach i przeziębieniami u skaczących. Nagłośnienie: bardzo przyzwoite. Czysty dźwięk, słyszalne wszystkie warstwy muzyczne, także pod kątem z trybun. Chociaż, jak się słyszy, dla niektórych nawet w strefie golden circle i tak było nieco... za cicho. Timing: niezły. M. ostatecznie zaczęła o 21.25, plasując się pomiędzy oficjalną 21.00, a 21.45, którą w porywach anonsował TVN. Koncert trwał bez kilku minut całe dwie godziny. Strona wizualna: Doskonałe zastosowanie technologii, zwłaszcza na tak małej scenie. Mnóstwo świetlnych elementów, rozmontowywanych i przesuwanych, czasami stających się wręcz elementami choreografii. Doskonałe pomysły na wprowadzenie na scenę Wielkich Nieobecnych: Timbalanda czy Justina T. Wszechstronne zastosowanie poruszającej się w pionie, świetlistej tuby, w której znikała i pojawiała się tak Madonna, jak i przedmioty rozmiarów fortepianu. Strona muzyczna: większość kawałków w nowych aranżacjach, co zwykle niestety nie zrobiło im dobrze. Koszmarna wersja La Isla Bonita (nie przez Cyganów, którzy porwali publikę chwilę później). Bardzo na plus: Like A Prayer, Frozen. Całkowity brak kawałków z Confessions on the Dancefloor. Generalnie dowód na to, jak genialnie sprawdził się aranżer poprzedniego tournee, Stewart Price. Cyganie: w większości recenzji światowych - najsłabsza i najbardziej odstająca sekwencja show. Polską publiczność rozbujali pięknie, zwłaszcza swoim numerem bez udziału Madonny, co mówi samo za siebie. Publiczność: w ogromnej większości statyczna, co doskonale widoczne było z trybun. Poza szaleństwami w oświetlonej na fioletowo strefie przyscenicznej, masy ludzkie stały zupełnie nieruchomo. O trybunach nie wspominamy, bo one w ogóle nie prowokują do tanecznych szaleństw. Tłum ożywił się zaledwie kilka razy: przy wstawce poświęconej ś.p. Jacksonowi, gdy Magde apelowała clap you hands, oraz podczas zejścia M. do publiczności czy m.in. Ray of Light. Efekty świetlne: oczywiście doskonale zsynchronizowane. Obecność pod samą sceną nie pozwalała na ogarnięcie całości, tymczasem nieruchome morze głów publiczności także stanowiło ważny element kompozycji - światła reflektorów układały się na widowni w piękne wzory, które stanowiły dopełnienie wydarzeń w pudle sceny. Te zresztą też ujawniały swą urodę i zamysł artysty dopiero z odległości - co z bliska wyglądało jak tysiące migających żarówek, z daleka składało się na idealny obraz płomieni lub strumieni wody. Dramaturgia: Wszystkim zorientowanym doskonale znana i - co akurat smuci - doskonale przewidywalna. Kiedy pojawi się klip z Brit, kiedy w tle zaśpiewa Annie Lennox, kiedy Madonna zacznie się tarzać, a kiedy wyciągnie skakankę. Spontana na scenie wyreżyserowana do najmniejszego drgnięcia, może dlatego drgnięcia darowała sobie publiczność. Choreografia: w dużej mierze oparta na charakterystycznym miotaniu się w pionie i poziomie, z zarzucaniem włosów na prawo i lewo. Naliczyliśmy też sporo ocierań i rozkroków, ale to przecież też wiadomo. Artystka w doskonałej kondycji ruchowej, doskonale słyszalnej w momentach, gdy śpiewała na żywo. Highlights: dla Redakcji najbardziej poruszająca była sekwencja folkowa (co zaskakujące, bo nie znosimy takiej muzyki), zwłaszcza, że zaraz po nim nastąpiła najbardziej 'warszawska' część koncertu, z osławionym już przez wszystkie redakcje odśpiewywaniem sto-lat oraz osobistym podziękowaniem i 'zwierzeniem' piosenkarki, zwieńczonym zaskakująco miłym wykonaniem You Must Love Me.
Kto jeszcze nie wie, o czym mowa, proszę bardzo:
Za najdowcipniejsze wydarzenie uznajemy prośbę jednego z widzów, ADOPT ME!, wyartykułowaną na jednym z urodzinowych serc, a widoczną na telebimach przez kilkanaście sekund. Sarkastyczno-błagalny ton nagrodzony został oklaskami.
Poruszająca okazała się także sekwencja, nawołująca do zastanowienia się nad wszelkim złem tego świata. Smutne tylko, że te parę minut wypadło akurat pod nieobecność Głównej Aktorki na scenie. Takich momentów było więcej. Wpadki: zasadniczo nie odnotowano, poza zgaśnięciem na 2 minuty telebimu na tylnej ścianie sceny po problemach technicznych z obrazem. Pomyłkę artystki, przekonanej że wciąż jest w Czechach, sprostowano już w fazie prób. Powrót: podobno koszmarny. Kto nie załapał się na pierwsze tramwaje i autobusy, względnie nie złapał taksówki, tkwił na Bemowie nawet do trzeciej w nocy. Wrażenie ogólne: na wskroś profesjonalne, co niestety oznacza również, że przewidywalne widowisko. Światowy poziom, najwyższe technologie, koszmarny wysiłek wykonawców. W tej tanecznej miotaninie i galopującej paradzie remiksów, zabrakło nieco spontany i emocji. Te można było poczuć zapewne jedynie wdychając woń spływającego w pocie czoła podkładu Madonny pod samiuśką sceną. Niestety, piski zachwytu stamtąd nie dotarły zbyt daleko.
I po wielkim wydarzeniu.
Więcej na temat Szalonej Nocy wieczorkiem, póki co, linkujemy do relacji, która chyba trafiła w nasze odczucia najdobitniej.
Jak pisze dzisiaj Interia:
Publiczność nie została porwana tym koncertem, tłum nie falował, nie tańczył, nie oddawał się emocjom. Jedynie utwory "Holiday", "Miles Away", "Like A Prayer" i "Ray Of Light" były w stanie wyrwać publikę z marazmu, ale nawet w trakcie wspomnianego "Ray Of Light" zapału starczyło na połowę piosenki. Przedziwnie wyglądało z trybun kilkaset metrów mnóstwa nieruchomych postaci na koncercie pełnym przebojów.
To już nie noc cudów, a caluśki weekend!
Pierwsze desanty pedalin zaatakowały dworce, a potem hotele i znajomych już wczoraj po południu, pod wieczór tęczowa fala godna parady wylała się na Krakowskie Przedmieście i po innych traktach miejskich, a kluby do rana pękały w szwach.
Ekscytacja sięga zenitu. Nie będziemy się tu rozpisywać o każdym pierdnięciu Madge, która o 17.30 wylądowała na Okęciu, bo to doskonale robią za nas inni :D Dzisiejszy wieczór to nie tylko rewolucja w pedalskich sercach, ale przede wszystkim - w życiu miasta, które pod tę okoliczność przebudowało całe rozkłady jazdy (zamiast ulic, bo na to akurat było za mało czasu) oraz program popkulturalny, obfity jak nigdy.
Problem w tym, że samemu pojawieniu się ikony na Polskiej ziemi zaowocował także niezliczonymi imprezami towarzyszącymi, raz - że wykorzystującymi potencjał nazwiska na korzyść każdego klubu czy knajpy, która zorganizuje odpowiedni wieczór, dwa jednak - dający możliwość zabawy z Magde w tle nawet tym, którzy z różnych względów na sam koncert nie pójdą.
My po długich analizach doszliśmy do wniosku, że wszędzie być nie można. Najbardziej żałujemy, że nie dojedziemy do Hydrozagadki, ani obejrzymy w związku z tym Gaby Kulki śpiewającej repertuar Madonny na Chłodnej 25. Za to nie darujemy sobie z pewnością afterparty, które dzięki mózgom przybytku na Pankiewicza 3, przybrało formę klasycznego voguebalu, gdzie każdy znajdzie z pewnością pięć minut na prezentację swojej choreografii.
My też, dlatego tam nas dziś szukajcie. Strike the pose, niech moc będzie z nami!
Ta kobieta jest wszędzie. Może nie zawsze na afiszu, ale ilość inicjatyw i koncertów, na jakich się pojawia, powoli mnie przerasta.
Główna idea od lat ta sama: pomóc biednym, zwłaszcza a Afryce, zwłaszcza w prewencji HIV/AIDS. Pomijając własny projekt SING, już dwie dekady przy boku Nelsona Mandeli, od 5 lat jako jedna z rzeszy prominentnych ambasadorów inicjatywy 46664 (taki numer nadano późniejszemu prezydentowi Mandeli w apartheidowskim więzieniu).
Dziś wklejka muzyczna z ulubioną niegdyś piosenką, która pokazuje, że umiar polega na tym, by nie gwiazdorzyć przy każdej okazji. No i miło zobaczyć obie połówki Eurythmics znów na jednej scenie...
W sprzedaży już makabryczne maski, a jedna z anegdot mówi, że przynajmniej po śmierci Jakcson nareszcie jest w jednym kawałku - już przykręcili mu nos. Joan Rivers, niewyparzona twarz amerykańskiej TV, opowiada w swoim programie taki joke: Dzwoniła do mnie Cher w sprawie śmierci MJ. Stwierdziła z ulgą, że nareszcie może wypuszczać dzieci do ogrodu bez nadzoru.
O okolicznościach śmierci Króla Popu wciąż wiadomo mniej, niż więcej, a to dzięki napływającym hiperlawinowo doniesieniom, najczęściej sprzecznym. Czy faktycznie był kompletnie wychudzony, wyłysiały, poobijany i ponakłuwany igłami? Jak się ma do tego upubliczniony wczoraj zapis dwóch minut próby do czekającego MJ wkrótce wielkiego comeback-show?
Jeśli nawet nieprawdą są histeryczne plotki, wszystko wskazuje na to, że faktycznie miał poważny problem z lekami i paranarkotykami. Przy okazji dostało się zresztą słynnemu Perezowi Hilton, pedalskiem megablogerowi, który na pierwsze doniesienia o hospitalizacji Jacko jako jedyny zareagował zgryźliwym komentarzem, sugerując, że gwiazdor jak zwykle symuluje, bo zżera go trema.
Raz słychać, że jego dzieci MJ nie są jego, innym razem, że przeciwnie, raz ma je wziąć biologiczna matka, innym razem ich nie chce, a w ogóle, to Michael w testamencie zapisał, żeby adoptowała je wszystkie jego mentorka i idolka, Diana Ross.
Ktoś donosi, że Michael był gejem, a już inny podsuwa życzliwie, że spotykał się potajemnie z jakąś kobietą. Rzecz jasna nieujawnioną.
Tymczasem niepewność dotyczy nawet pogrzebu, jeszcze wczoraj pisano ze zdumieniem, że wstęp do 20-tysięcznej kaplicy będzie biletowany po 25 dolarów za osobę. Dziś nastąpiło dementi.
Koncert inaugurujący niedoszłe tournee już został przekształcony w fetę ku czci, na której - jak się powiada - wystąpić ma nawet ABBA w pełnym składzie.
Niedługo przekonamy się, jak będzie naprawdę. Póki co nie chce się nawet pisać, bo i tak nie sposób nadążyć...
Tak się jakoś złożyło, że dzisiejszą (krótką) edycję plotek poświęcimy w całości mniej lub bardziej spekakularnym powrotom.
Wiadomością tygodnia niewątpliwie pozostaje powrót Króla Popu, który własnoustnie zapowiedział serię koncertów na londyńskiej O2 Arena w czerwcu 2009. Nie milkną spekulacje co do kondycji starzejącego się Michaela, stąd doradza się zakup biletów na pierwsze koncerty w obawie, że ostatnie już się nie odbędą. Taka perspektywa robi wrażenie na fanach - strona piosenkarza zbombardowana została (i zawieszona) 16.000 odwiedzin na sekundę, mimo że sprzedaż biletów rusza - nomen omen - 13 marca.
Cały świat zelektryzowało wyznanie, którym Brit podzieliła się po jednym z numerów tanecznych przez niewyłączony mikrofon z publicznością koncertu w Tampie. Ledwie kilka godzin trwało ogólnonarodowe poszukiwanie nagrania ze zdarzenia, dzięki któremu mamy dowód: Brit ma tak skąpe kostiumy, że zwisa jej z nich cipka.
Pet Shop Boys nie ustają w promocji. Wraz z niedzielnym wydaniem Mail on Sunday, rozdali rodakom ponad 2 miliony egzemplarzy kompilacji z remiksami swoich największych hitów, zamkniętej utworem Did You See Me Coming? z najnowszej płyty.
Powraca także inna legenda, biały z natury Eminem. Singiel już bije rekordy pobrań, płyta w maju, a - jak zauważył Perez Hilton - gościu zeszczuplał i wygląda bardziej gejowsko, niż kiedykolwiek.
Z pań powrót z nową płytą zapowiada Natalia Imbruglia, która póki co wystąpiła w filmie. Z kolei na serię koncertów reaktywuje się kolebka Gwen Stefani, No Doubt.
Po kilku miesiącach działalności zagramy wreszcie Madonnę :D
Rzecz jasna nie tak banalnie i standardowo: jako hit dnia proponujemy demo piosenki, nie wciągniętej na playlistę tanecznego klasyka, Confessions on the Dancefloor. Triggering Your Senses szczęśliwie nie brzmi jak demo, jest nośne, chwytliwe i odpowiednio rytmiczne, więc doskonale nadaje się na marcowe spacery ze słuchawkami na uszach.
Doczekało też montażowego teledysku:
A wszystkim tym, którzy otarli już łzy radości dwadzieścia minut po północy dnia pamiętnego, kiedy to zakupili bilety na sierpniowy megashow w Warszawie, życzymy słodkich snów. Takich na przykład, jak ten o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia back-back-back-back-stage:
A że raczej marne szanse, zaśpiewajmy raz jeszcze: deeeeeeeens... jour onli trigerrrrin jourseeeeeenys...
Podobnie jak w przypadku Grammy, jeden występ zdominował relacje wieczoru: występ Pet Shop Boys, poprzedzający premierę ich niecierpliwie wyczekiwanej płyty. Może jestem jakiś dziwny, ale 10-minutowa siekanka przebojów PSB jakoś mnie nie powaliła.
Neil Tennant nigdy nie dysponował nawet przyzwoitym głosem, obaj panowie na scenie konsekwentnie zachowuję się jak kukły, w najlepszym wypadku - roboty. Gadki o tym, że nie grają z playbacku, bo tak naprawdę to te wszystkie ich komputery (pochowane zapewne w kieszeniach) grają na żywo, jakoś nigdy do mnie nie trafiały.
Pierwsze spostrzeżenia były takie, że Neil coraz bardziej piszczy, i powinien wyłączyć mikrofon, a Chris, niegdyś piękniejsza połowa duetu, wyjątkowo brzydko się starzeje (chyba że to ta peruczka). Zupełnie nie spisał się Stewart Price, bo wypichcony przez niego miks klasyków duetu zabrzmiał jak posklejane oryginały. Mimo efektownego pomysłu na gadające, multifunkcyjne głowy, oraz epizodycznego udziału dwojga gorących, młodych wokalistów, w piątej minucie wymiękłem, a w siódmej zacząłem dłubać w nosie.
Nie odmawiam PSB gigantycznego dorobku i niebagatelnego wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej - za co zresztą zostali uhonorowani. Po prostu nie trawię plastiku na żywo, bo to pojęcie sprzeczne samo w sobie.
Pierwszy dzień saturaturowej imprezy za nami.
Działo się działo, apogeum nastąpiło ok. 2.oo, gdy po scenie wiła się zziajana Petra Flurr, z towarzyszeniem nagiego efeba oraz emopodobnego stworzenia z twarzą starannie zakrytą na fioletowo (jak się w tym na boga oddycha...?). Publika skakała, piszczała, pogowała.
Poza tym grało całkiem przyzwoicie na parkiecie, co Timi przetestował na własnych nogach.
Anyway, dzisiaj ciąg dalszy: w charakterze przedsmaczku pozwalamy sobie przedstawić kawałek, który być może usłyszymy, a wyciągnięty z bezpłatnej płytki, załączonej do biletu.
Przed państwem gwiazda wieczoru: Miss Fish i jej lęki ezgystencjalne.
Żeby na QueerTunes nie było za słodko, oto zapowiedź kolejnej saturatorowej imprezy, ewidentnego dowodu, jak wiele twarzy ma kultura queer.
Tym razem - a nie po raz pierwszy w Saturatorze - będziemy mieli okazję posmakować twórczości spod znaku homo-queer-core. Pod obszernym parasolem tego pojęcia kryją się przeróżne brudy i ścinki dźwiękowo-sceniczne: punk, elektropunk, metal, trash, minimal.
Wystarczy krótki rajd przez majspejsowe profile zaproszonych na to wydarzenie artystów, by przekonać się, z jak skuteczną odtrutką na gładką popkulturę będziemy mieli do czynienia:
Angela Transbury - Dusty Whore (live)
piątek, 6 lutego:
Angela Transbury (Francja) [myspace]
Petra Flurr (Niemcy-Hiszpania) [myspace] ater:
DJ Blaster Bitches [myspace]
Będzie bez wykrzyknika, bo - jak głosi nasze motto - pedalska muzyka na Madonnie się nie kończy, ani nie zaczyna.
Nie zmienia to faktu, że wystąpiwszy dla prawie 2.5 mln fanów na całym świecie w ubiegłym roku, Madge ma ochotę na więcej, i 4 czerwca wyrusza w drugą rundę tournee, już okrzykniętego najbardziej dochodowym w historii damskich koncertów.
Żeby się nie powtarzać, Królowa Pop oraz - jak dodają niektórzy - gejów, obrała za cele miasta i kraje, w których do tej pory pies z kulawą nogą jej nie widział, w tym Europę Środkową.
Że akurat do Warszawy zniebozstąpi prawdopodobnie (to be announced) w dniu uświęconym, rozekscytowały się już polskie homiki niemal jednym głosem (porównaj tu i tu, oba posty poranne).
I bez tego możemy już mówić o nie lada sensacji, którą niniejszym wpisujemy jako pozycję obowiązkową do queertunesowego kalendarza. Internetowa sprzedaż biletów rusza 20 lutego.
A imię jego Czterdzieści i Cztery, a pomijając polską romantologię: Barack O.
Oczywiście nie piszemy o polityce, ale w tym tygodniu nie sposób: inauguracja prezydencka w USA to kilkudniowa uroczystość, obrosła licznymi imprezami towarzyszącymi. I tak na przykład dzień wcześniej, pod auspicjami telewizji HBO, odbył się na schodach Lincoln Memorial koncert, rzecz jasna transmitowany, w trakcie którego, m.in. po raz pierwszy w takich okolicznościach wystąpił gejowski chór, towarzysząc popowym solistom, Joshowi Grobanowi i Heather Headley w pro-amerykańskich przyśpiewkach.
Jako że żaden z chórów podczas tego koncertu nie był podpisywany, ten jeden wyróżniał się nie tylko szczególnie urodziwymi śpiewakami, ale także czerwonymi wstążeczkami, wpiętymi w czarne klapy. Koncert uświetnili także m.in. Aretha Franklin w legendarnym już kapelutku, która nadała patriotycznej pieśni nieprzystojne podteksty (my count...ry) oraz strofowała niesfornych widzów. O ile ona na chłodzie nieco zawodziła (a na biedną Edytę takie oburzenie!), to legenda wiolonczeli, Yoyo Ma, zdecydował ze swoim kwartetem wręcz grać z playbacku.
Ogólnie zainteresowanie zaprzysiężeniem było przeogromne. Tak ogromne, że przybyli nań ponoć nawet nawet kosmici (to nie żart). Zapewne uczestniczyli także w paradzie inauguracyjnej, w której trakcie - znów: po raz pierwszy - zajaśniała tęcza na bębnach orkiestry Lesbian & Gay Band Association, zrzeszającej muzyków z 21 Stanów.
Piątkowy bal 'Out for Equality' pod auspicjami Human Rights Association, uświetnili obecnością m.in. wspomniany już Gay Men's Chorus, Cyndi Lauper oraz największa pedalina wśród queerowych bardów, Rufus Wainwright. Niezwykle głęboki wywiad z artystą (ironia! ironia!), przeprowadził wysłannik coraz bardziej multimedialnego bloga, Towleroad.
Ogólnie rzecz biorąc, tym razem queerowych atrakcji nie brakowało. Gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się, jakim stopniem uwielbienia cieszy się nowy prez, niech zajrzy tutaj. Można rzec, że to uwielbienie... dogłębne.
Witajcie w Nowym Roku, wedle naszej rachuby, 2009 :D
Jeśli było warto odczekać ten tydzień stawiania sprzętu na warszawskim placu Konstytucji, a potem przecierpieć Wyjca Sezonu z zespołem Feel, reanimację discopolo wcielonego w nieśmiertelnych Bojsów, oraz wszystkie przeboje ABBY przemielone pod gust carycy Terentiew, to między innymi po to, żeby doczekać najnowszego występu Edyty Górniak, i przekonać się, że może jeszcze nie wszystko stracone.
WersjaJestem kobietą świeżo elektrotyzująca, aż szkoda że w ledwie-dwuminutowym wycinku:
Także Impossible w ciekawym, mniej znanym miksie, choć chyba raczej z playbacku.
Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czemu to pokazujemy, zapraszamy do skonfrontowania z wykonaniem na poprzednim polsatowskim wieczorze Sylwestrowym, w Krakowie. Rok później Edytę ktoś ubrał dużo stosowniej do mrozów, zmuszając ją też strojem do stylowych poruszeń, i wkomponował choreograficznie w modne sweterki na kilku panach.
No i co tu dużo kryć, filmik kończy się życzeniami, pod którymi podpisujemy się wszystkimi możliwymi rękoma.
Całujcie się dużo, to odmładza!
PS. Samej Edycie życzymy, aby po tym przedsmaczku i obietnicach, odbiła się wreszcie od dna pt. E.K.G. i pokazała, że potrafi.