Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hit dnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hit dnia. Pokaż wszystkie posty

2015/02/19


Max kontratakuje. Niespełna rok temu ujął wszystkich romantycznym acz nowoczesnym albumem "По Фрейду/On Freud" (parę słów na ten temat), a już w listopadzie powrócił do tanecznych rytmów kawałkiem "Хочу танцевать/I Wanna Dance" (nie mylić z tym densem). Nowy rok 2015 przywitał w ukraińskiej tv coverem rosyjskojęzycznego klasyka z przełomu wieków, "Снегом Стать".

Przyszedł czas na klip do najnowszej produkcji, w którym wprawdzie snuje się ta sama rusałka, ale ze zdecydowanie odmiennym emploi: po ciuchy rodem z lat 80. i 90. ekipa pofatygowała się do second-handów w Berlinie. Dla pogłębienia efektu reżyser Alan Badoev nakręcił teledysk prehistoryczną kamerą S-VHS. Efekt jest stosowny:


Łezka się w oku kręci na widok niektórych kreacji (okulary!), nie tylko dlatego, że wróciły szeroką, post-ironiczną falą do wielkomiejskiej mody. Muzycznie kawałek jest odpowiednio chwytliwy, wizualnie ujmujący, do czego zapewne przyczyna się fakt, że Max pokazuje się w nim z muffinkami i pizzą w miejscach intymnych.

I tylko z tyłu głowy telepie się myśl: pół Ukrainy w stanie wojny, a rynek muzyczny - uroczo się kręci, jak gdyby nigdy nic.

2015/02/17


Tak sobie wzięło i chwyciło przed-walętynkowo, i tłucze się w głowie do dziś. Może dlatego, że mamy słabość do lekkich, elektronicznych brzmień w stylistyce lat 80., z wiodącym tekstem "take my piss now, swollow" - takie małe perwersyjne, androgyniczne pop-zabawy prosto z Szwecji, które - jakże zwięźle - podsumował na fejsie profil Boy of the dayhow much are you queer?

Me gusta.
Więcej Ms. Henrik na youtube - soundcloud - spotify.

2011/01/29

Nie-nie-nie-nie, Annie nie zdominuje muzycznie tego miejsca. Po wybudzeniu z toczącej nas gorączki (na urlopie, rzecz jasna, bo w pracy nie ma czasu na chorowanie), odkryliśmy właśnie, jak zaniedbaliśmy warstwę dźwiękową bloga -  już nadrabiamy. Zapalenie dróg oddechowych i poty nie odrywają na szczęście całkowicie od kompa, dzięki czemu znów trafiło na niego kilka empetrójek, a pomiędzy nimi perełka, od której nie sposób się uwolnić:


The Frames - Rise (Rhythm Plate's High-Rise Reconstruction)

Nie będziemy ściemniać, jak to znamy i lubimy twórczość The Frames w ogólności. Jakkolwiek wyjściowy kawałek też piękny, to rekonstrukcja 'panów od thrillera' stanowi doskonały przykład, że rzetelny remiks jest sztuką, rekonstrukcją właśnie. Budując ze strzępków tego, co dosłownie cytują na chwilę w połowie trzeciej minuty, Rhythm & Plate  kreują zupełnie nową jakość - dużo intymniejszą, mniej drapieżną, ale wcale nie mniej dramatyczną. Depeszopodobna melancholia, wprowadzona w instrumentalnym tąpnięciu w drugiej połowie mówi więcej, niż copypasta całego wokalu.

Tyle na dziś, chyba czas już wyłączyć pętlę w odtwarzaczu. W następnej kolejności zabieramy się za jakąś większą playlistę. Dawno nie było...

2010/11/07



Dawno nie pisaliśmy, co u nas słychać :)

Ostatnio największe, bo kilkudniowe poruszenie oraz wymianę sporej ilości komentów na FB, wywołało przedhalloweenowe odkrycie w postaci świeżutkiego remiksu klasyka na tę oraz inne okazje - nieśmiertelnego Thrillera śp. Jacko. Parę dni później, czesząc swój ostatnio ulubiony pod tym względem serwis Soundcloud.com w poszukiwaniu nowych dźwięków, natkęliśmy się na równie chrupiący świeżym ukręceniem remiks tanecznego klasyka naszej ólubionej Anki deLenożanki, Little Bird.

Dorzuciwszy do tego równie sensacyjne Kazaky (także lekko zmiksowane), suitę wyczarowaną z aguilerowego You Lost Me oraz odkrycie ostatnich miesięcy - duet Hurts, zorientowaliśmy się, że właściwie niczego nie słuchamy chwilowo w nużącym oryginale.

Może potrzeba nam na jesień nieco bardziej energetyzujących, parkietowych dźwięków? Też nieprawda, bo część z nich jest raczej bardziej hipnotyczna niż porywająca. Na wszelki wypadek upichciliśmy mały, godzinny zestaw także dla naszych PT Bywalców. Część z nich wrzucaliśmy już zapewne tu i ówdzie, ale co tam. Smacznego :)


uwaga! kompletna playlista dostępna tylko przez ograniczony czas

PS. Gdyby się ktoś zastanawiał: dancing shoes w kolorach kurteczki MJ z Thrillera naprawdę istnieją - model uwieczniający wokalistę z datami jego życia wypuściła na rynek firma Sole Brothers. Komu zbyt sportowo - polecamy model na bardziej eleganckie wyjścia.

2010/10/30



Przyznajemy, są kawałki tego pana, które wpadły nam w ucho i oko dużo szybciej, ale najnowszy teledysk bardzo ładnie wpasowuje się w nową świecką tradycję Halloween, co do którego - przyznajemy bez ogródek - nie mamy nigdy pewności, kiedy wypada (wczoraj czy dziś). I nawet nie będziemy tego sprawdzać.

Teledysk wydaje się nam na miarę ery Czystej krwi, czy może bardziej serii Brotherhood - jest stosownie kiczowaty i plastikowy, a stopniem wyretuszowania dorównuje niejednemu softporno, w czym zresztą doskonale odpowiada jakości podkładu muzycznego. Nie wiemy, czy już tak zostanie, ale od momentu, gdy Ari samowolnie nadał sobie tytuł 'sir', brzmi dużo bardziej elektronicznie i podkręca korektory głosu na maksa.

Szkoła LadyG zrobiła swoje, zwrotkę od refrenu można odróżnić jeszcze jakoś dzięki intensywniejszym beatom:



Singiel Make My Body Rock to zapowiedź czwartego albumu Golda, którego premiera przewidziana jest w styczniu 2011. Clip powyżej to produkt, wobec którego nie jesteśmy już do końca pewni, czy to już pastisz, czy jeszcze nie. Jeśli miało być na poważnie, to chyba sobie całość zupełnie darujemy...

2010/10/19



Od momentu premiery dwa tygodnie temu klip tajemniczego ukraińskiego projektu Kazaky zrobił już niezłą rundkę w internecie, zamieszanie na FB, blogach i forach. Niespełna dwie i pół minuty wypełnione podrygami czterech giętkich młodzieńców do nieskomplikowanego, acz nośnego podkładu elektronicznego. Z początku upozowany na młodzieżowo-tekstylnie, mniej więcej w połowie filmiku, kwartet niespodziewanie wdziewa szpilki do nagich torsów - efekt zaskoczenia zapewniony:



Całość nieskomplikowanie przyjemna dla oka, co bardziej wybredni wyłączają na wszelki wypadek fonię. My mamy odwrotnie - asocjacja z rytmicznie gibaną wizją sprawia, że - o zgrozo! - słuchamy już In the Middle dla samych dźwięków, ba: nie możemy doczekać się klubowego weekendu, w trakcie którego tego kawałka zapewne nigdzie nie doczekamy.


źródło: fanpage na FB

Żądnych szczegółów na temat tajemniczych Kozaków: Olega, Artura, Stasa i Cyryla (których połowa - powyżej), zapraszamy przede wszystkim na fanpejdż grupy - już teraz zawiera więcej, niż jej oficjalna strona internetowa. Swoją drogą: pozazdrościć Ukrainie takich przegiętych projektów (o innym całkiem udanym już też kiedyś pisaliśmy). U nas, jak już przeginka, to w stronę wsi z czerwonymi włosami i na koturnach, i koniecznie z coraz to inną żoną. Czemu nasze Utopijki czy CandyAndianki do spółki z EDS nie wypichcą kiedyś czegoś takiego?

A komu mało - ekhm - muzyki, oto dosyć udane rozwinięcie powyższego:



Dance, dance with me bb.

2010/09/23



Nagrodę 'Fotoszop Tygodnia' jak zwykle otrzymuje nieśmiertelna Madonna, której fani - jak widać - nie zasypują swojej królowej w popiele. Wprawdzie Afrodyta to też bogini, ale sama Bogini, jako pojęcie nadrzędne, nie wymagające dalszych doprecyzowań, brzmi dużo dumniej.

Ale my nie o tym, tylko o muzyce. Tym razem z gatunku 'utwór dotychczas nie publikowany' bądź 'poniekąd nieoficjalny', a tak naprawdę 'wypuszczony w neta dla podtrzymania zainteresowania odrzut z produkcji ostatniego albumu, na który fani rzucą się jak sępy na żer'. Broken przynajmniej od tygodnia robiło rundkę na jutubie. Skoro znaleźliśmy przyzwoitą z niego empetrójkę w jakości 320kbps, w dodatku możliwą do natychmiastowego pobrania, bylibyśmy bezduszni, nie linkując:




Swoją drogą ciekawe, ile nieopublikowanych utworów kisi jeszcze w zanadrzu Madonna & Co. i kiedy doczekają oficjalnego upublicznienia. Jacko pozostawił po sobie ponoć 100 nieznanych piosenek, co wystarczy na kilka kolejnych, zzagrobnych albumów, i drugie tyle składanek, z których jego dzieci żyć będą dostatnio jeszcze długo po śmierci pazernych dziadków.

2010/09/11



Robyn zrobiła w ostatnim czasie wiele, by przekonać świat, że nie jest już tą samą osóbką, która jako nastolatka wyśpiewywała (jak zwykle całkiem zresztą przyzwoity) szwedzki pop. Z obiecującej małolaty podrygującej Show Me Love, wyrosła przez kilkanaście ukrycia na electro-extravaganzę, z którą bez oporów współpracują, Diplo Röyksopp czy I Blame Coco, ale i - z całkiem innej beczki - Snoop Doog. Wydaje pod własną marką, więc może wszystko, z czego wniosek, że aktualne produkcje to jej żywioł prawdziwy. A przy okazji  nieźle sprawdzający się na pierwszych miejscach list przebojów.

Jej wizerunek jest na tyle młodzieńczo-zadziorny, że została wytypowana do uświetnienia faktu wyróżnienia w jej rodzimej Szwecji niejakiej Björk Guðmundsdóttir doroczną nagrodą Polar Music Prize, wymyśloną niegdyś przez managera ABBY, a wręczaną (wraz z pokaźną gotówką) od 1989 roku. W trakcie ofrakowanej gali - obok Björk tegorocznym laureatem został Ennio Morricone - Robyn oddała swój hołd niedoścignionej islandzkiej koleżance, wykonując z towarzyszeniem orkiesty jej klasyk, Hyperballad. I cóż, poległa:



Może to sukienka. Może to orkiestra. Może to Maybelline. Zobaczyć minę Björk - bezcenne.
Ale czemu się dziwić: ona w tym samym czasie przeszła swoją własną drogę od popu (jakim-rozumie-go-björk) do Muminków. I bynajmniej się przy tym nie uwsteczniła. Zresztą, sukienka i makijaż też mówią za siebie.

Co do powyższej oraz innych interpretacji tego wieczora: nie wszyscy i nie wszystko nadają się na galę. A już najmniej sama Björk, na której twórczości, a przede wszystkim wokalach nietrudno się wyłożyć.  Dlatego Björk jest tylko jedna. I dlatego może ubierać się tyłem do przodu i choćby w lampki choinkowe, a i tak dostaje od swojego kraju wyspę, a od szwedzkiego króla - ponad sto tysięcy zielonych. Jak przed nią Gillespie, Dylan, Lutosławski i reszta zacnego grona.

Bo nagroda PMP zdaje się premiować zdrową zasadę, którą - na szczęście - wciela też Robyn: Róbmy swoje.

2010/09/04


Szczerze przyznamy, że nie przepadamy za jego filmami stricte ekhm... erotycznymi, natomiast nie możemy odmówić temu zawodowemu ekhm... modelowi, że jako jednemu z nielicznych przedstawicieli branży dla dorosłych udało mu się awansować do rangi ikony pozapornograficznej (patrz na przykład tu i tu). Charakterystyczna uroda François Sagata, wsparta jeszcze bardziej znamiennym tatuażem skalpu, muskularna budowa, w połączeniu ze słabością do mody, otwartością na eksperymenty z własnym wizerunkiem i - najwyraźniej - sporą dawką autodystansu, sprawiły, że uczestniczył w najróżniejszych projektach (para)artystycznych (np. jako muza słynnego tandemu Exterface). Jego tyłek trafiał nie tylko na okładki pornoli, ale także magazynów modowych.

Jak wielu zdołał zainspirować, niech zaświadczy choćby zdjęcie poniżej, zapewne więcej niż znajome.



Niedawno rozpoczął przygodę z kinem w szerszym pojęciu. Po epizodziku w szóstej Pile zadebiutował w głównych rolach w niezależnych produkcjach: ostatnim hardcorowym dziele Bruce'a LaBruce, L.A. Zombie, oraz w dramacie Homme au bain / Man in Bath. Przy okazji premiery tych tytułów przeszedł do historii festiwalu w Locarno jako jedyny aktor, który pojawił się na nim w dwóch filmach jednocześnie. W ubiegłym tygodniu zaś trafił do sieci klip, jaki przygotował we współpracy z Lukasem Beyelerem, którym przebił nawet swoją słynną sesję jako Britney Spears (to jego wcielenie pojawia się zresztą w filmiku):



Czekamy niecierpliwie na takie nocne programy, w obojętnie krótej polskiej telewizji. Nam szczególnie przypadła do gustu druga połowa klipu, w której zabawa rozkręca się na dobre, ukazując cały słoniowy wdzięk pornoaktora. Ciekawych jego dalszych (a właściwie wcześniejszych) eksperymentów z ciałem, modą i fotografią, zapraszamy na obszerne archiwum bloga fsagat.blogspot.com - rzecz jasna w dużej mierze dla dorosłych.

2010/08/28


Duet Hurts z Manchesteru już namieszał trochę chwytliwym, acz melancholijnym kawałkiem Wonderful Life (nie, to nie to). Zaniedługo w sklepach ich debiutancka płyta, Happiness, więc chłopcy podbijają medialny bębenek. W ostatnich dniach zwrócili na siebie uwagę, za przykładem starszych kolegów z Scissor Sisters coverując w sesji dla bulwarówki The Sun kawałek Księżniczki Minogue (któż z nas nie robi tego w domu po kryjomu).
Wybrali utwór bardziej podchodzący w ich mroczno-elektroniczne klimaty, przez nas takze ulubiony, Confide in Me:




To nie koniec przygody młodzieńców z Kylie, a dopiero początek, bowiem zdobyli się na odwagę, i poprosili o zaśpiewanie w jednej z ich własnych piosenek, równie mrocznej Devotion. I cóż, zgodziła sie... Posluchajcie sami:


Hurts ft. Kylie Minogue - Devotion

Wychodzi na to, że Hurts mają co najmniej lekką słabość do Minożki. Choćby już za to ich lubimy. I za przenikliwe spojrzenie wokalisty. Głos też całkiem-całkiem. Czekamy na płytę.

2010/07/27



Duński wokalista, Thomas Haardell (bardziej znany z takiego śpiewania), i jego najnowszy klip, Black Microphone. Świetnie zbilansowany w bujaniu z domieszką iście kowbojskich brzdąknięć, z frazowaniem całkiem przyjemnym, intymnym głosem. Teledysk miły, bez zbędnych fajerwerków, nie odwracający nadmiernie uwagi od muzyki.

W queerpopowej głowie nawraca od prawie tygodnia, bez objawów znużenia.

2010/05/24


...czyli hity i kity dnia.

Kinowa wersja Seksu w wielkim mieście (zagramanicą pieszczotliwie skracanym do SATC) już sama z siebie jest sporą pomyłką. Zarobiła swoją kasę, więc musiała doczekać części drugiej. Najwierniejsi fani i tak polecą obejrzeć, więc nie będę zniechęcał. Przy okazji filmu rzecz jasna zmarketingowano po raz pięćsetny pomysł "muzyka z filmu, inspirowana filmem oraz nie mająca z nim nic wspólnego, ale hej, każdy chce podpiąć się pod dojną krowę".

I jeśli mówić w ogóle o jakichkolwiek pozytywach tego plastikowego przedsięwzięcia, to niewątpliwie jest nią najnowsza muzyczna propozycja Dido, piosenka, która od kilku dni konsekwentnie nie chce mi wyjść z głowy...



Do tego samego filmu powstała też rzecz zupełnie niepotrzebna: cover megahitu Beyonce w wykonaniu Lizy Minelli, z impetem powracającej na rynek, niestety, niekoniecznie w swoim repertuarze:



Sześćdziesięcioparoletni głos Lizy nadaje się być może do długich, musicalowych fraz, w szybkim staccato niestety rozjeżdża się na wszystkie strony, i to w wersji studyjnej. Standard Cole'a Portera Ev'rytime We Say Goodbye wypadł siłą rzeczy ciut lepiej.

Swoją drogą strach pomyśleć, co będzie dalej, Minelli zaanonsowała bowiem także swoją nową płytę, która ukaże się jeszcze w tym roku. Nauczeni powyższym powinniśmy chyba złośliwie zauważyć, że okładka jest ładna.

2009/11/10


Dziś nie sposób napisać o czymś innym.
Niezależnie od tego, co myślimy o nowym kawałku lady G. od strony muzycznej, wideo jakie do niego zaprezentowała bije wszelkie transowo-dragowo-queerowo-glamowo rekordy, jest przegięty w stopniu, którego nie sposób nie docenić.
Na blogach już sypią się dane i zachwyty, ile tysięcy kostiumów, detale na paznokciach, feeria pomysłów, kunszt wykonania. My też ostatecznie wymiękliśmy w połowie czwartej minuty na widok złoto-zielonego kostiumu, rodem z szalonej ilustracji dziecięcych książek w stylu najlepszych radzieckich tradycji.
Co się nawet o tyle zgadza, że w klipie stworzenie, którym jest Gaga, zostaje zlicytowana na własność przez złotoszczękiego przedstawiciela rosyjskiej mafii (sory kto nie zgadł, Guga sama tak rozpowiada w wywiadach).
Nie najlepiej się to dla niego zresztą kończy, bo nawet jeśli gładkolicego samca nie wykończyły płomienie z ostatnich sekwencji, to jak pokazuje finał, i tak spłonął w zetknięciu ze śmiercionośną bielizną.



I niech nie będzie, że tylko ja to widzę: czy w 3'18'' clipu, zaraz po ujęciu, na którym Gadze dynda na czarnym dessous kryształowy krzyż, ta wariatka faktycznie wplotła w katatoniczną choreografię znak krzyża, czyli się przeżegnała? Bo po piętnastym odtworzeniu sam już mam wątpliwości...


Tak czy owak, trudno o lepsze entrance przed wypuszczeniem na rynek reedycji multisprzedawalnej płyty The Fame (premiera 23.11), przygotowanej równie starannie, jak teledysk: oprócz przemianowania na adekwatne The Fame Monster, GaGa dorzuciła w ramach bonusa caluśkie osiem nowych kawałków, w tym ten powyżej.
I jednego jej odmówić nie można - w niespełna rok po aferze kto od kogo ściąga (Aguillera vs. Gaga), młoda piosenkarka osiągnęła tyle, że pisze się o niej niemal jeszcze częściej, niż o Madonnie, o której pisze się codziennie.
Jeśli nawet nie jest li tylko potworem żądnym sławy, to na pewno demonem pracy. Jak jej poprzedniczka.

2009/10/26



Chyba już wiem, czego nie znoszę w nostalgii do lat 80.
Nie żebym nie lubił tamtej muzyki, w sporej części ówczesne hiciory naprawdę stały się klasykami. Problem w tym, że klasyki - jak to klasyki - nie powinny być bezmyślnie unowocześniane, nawet jeśli przez ludzi, którzy oryginalnie je nagrali.



Przykład najświeższy: przy okazji premiery debestofu Frankie Goes to Hollywood, Holly Johnson osobiście dokonał liftingu sztandarowego kawałka tej grupy - Relax. Cóż otrzymaliśmy w charakterze odgrzewanego kotleta? Przyspieszony beat, dzięki czemu pierwotnie hipnotyczny utwór, dało się skrócić o całe 45 sekund. Wizualnie zaś - mnóstwo młodych, prężących się ciał, latających biustów, a na okrasę (po trzeciej minucie) także striptiz w wykonaniu zgrabnego murzynka oraz ułamek sekundy męsko-męskiego pocałunku.



Jak to się ma do szokującego wyuzdania pierwotnie wyklętej wersji subkulturowej - szkoda gadać. Pedalstwo stało się jednym z ornamentów współczesnej pazłotkowej popkultury, bardziej dodatkiem bardziej pieprznym, niż skandalizującym. Gdyby przełożyć na środki wyrazu epoki QAF ówczesny przekaz, zapewne zostałby tak samo skazany na niebyt, telewizja wbrew pozorom nie stała się bynajmniej dużo mniej pruderyjna.

Zobaczmy zatem jeszcze raz:




najlepiej wypada... okładka

2009/10/14



No więc kolejność jest taka, że oglądam ten serial dla tego pana.
Ogólnie rzecz biorąc nic wielkiego i trudno się dziwić, że skończyło się po pierwszym sezonie. Za to w jednym z odcinków usłyszałem kawałek, który na tyle mnie poruszył, że chwilę później został wygooglany. I cóż, nie jestem dużo mądrzejszy ponad to, że pochodzi z 2002 roku, a wykonuje go niemieckie elektroduo o myląco żeńskim pseudo Naomi.
Towarzyszy mi wszędzie od dwóch dni. Coraz głębiej przemawia do mnie liryzmem niż rytmem, ale to kwestia nastroju. Komu taki skakany nie odpowiada, oto wersja spokojniejsza.


Naomi - So Beautiful (Stage Version)

2009/08/24



Dziś nie będziemy za grosz oryginalni, od razu się przyznamy, że ściągnęliśmy stąd.
Zespół nazywa się Grizzly Bear, działa na Brooklynie, i został namaszczony przez jednego z członków Radiohead, których kiedyś supportowali na tournee. Tak naprawdę to kwartet wypuścił oficjalną wersję teledysku do tej piosenki kilka miesięcy temu, ale od niedawna w sieci furorę robi wersja alternatywna, stworzona przez zasłuchanego w dorobek grupy animatora, Gabe'a Askew, który ze swych inspiracji tłumaczy się między innymi tutaj.
Dla nas najważniejsze, że mimo udanego małżeństwa, rysownik postanowił przetransponować miłosną historyjkę na wersję męsko-męską. Jakoś jeszcze bardziej nas przez to ujmuje...

2009/07/03



Singiel prosto z pieca, przygotowany na wielki comeback divy po przejściach.
No i cóż.
Bardzo autobiograficzny. Bardzo podniosły. Bardzo nijaki. Jak nowa fryzura.
Ktoś zapomniał o zasadzie, że po latach nie obecności wraca się powalającym uderzeniem?
Ja nie czuję się uderzony. Jak to często bywa, zwiastun okazał się lepszy, niż produkt.

2009/03/27



Dziś odrobina impresjonistycznej elektroniki z wytwórni o wdzięcznie brzmiącej nazwie Gaymonkey (z guru Melnykiem na czele).
MaJiKer to producent angielskiego pochodzenia, osiadły i pracujący w Paryżewie. Do powszechnej świadomości wyniosła go produkcja płyty Camille, która dzięki klasie tej produkcji zdobyła uznanie i popularność. A wraz z nią - człowiek za konsoletą.
Matthew Ker, bo tak naprawdę się nazywa, fascynuje się dźwiękami. Nie bez przyczyny krążek solowy, którego premiera zapowiedziana została na 27 kwietnia, nosi tytuł Body-Piano-Machine (BPM): to trzy instrumenty, na których tworzy, a jednocześnie skrót beats-per-minute - wyznacznika tempa i rytmu, który determinuje przebieg zdarzeń.
Body to ciało, z którego MaJiKer wydobywa nie tylko melodie. Jak sam twierdzi, uważa, że ważny jest splot tła z brzmieniem słów, ale nie tylko: jest beatboxerem - spora część sekcji rytmicznej w jego utworach, to nagrania odgłosów paszczą, którymi bawi się i eksperymentuje (vide paravangelisowe Tongue).
Piano - wiadomo, instrument (a MaJiKer opanował też grę na kilku innych), ale także rodzaj pewnej wrażliwości, właściwej pianistom, nadającej kompozycjom sznyt z lekka klasyczny (wsłuchajcie się uważnie w drugi plan Flesh and Bone).
Machine zaś, to nawiązanie do syntezatora, zdobytego za młodu, do którego brzmień autor wciąż ma spory sentyment, tak w sferze prymitywnych dźwięków, jak i przetwarzania, np. głosu.
Wszystko to jednak byłoby na nic, gdyby nie muzyczne ucho Matthew i zdolność kompozycji, która każe mu budować suity, o zabójczym dla popu czasie trwania 5-6 minut. Otrzymujemy zwartą, przemyślaną całość, nowoczesną i retro jednocześnie, a w tym wszystkim jeszcze: liryczną. I szczerze pisząc, mimo plejady zaproszonych na płytę wokalistek (słabość autora do damskich... głosów), najbardziej chyba chwytają nas za szyję kompozycje, które ten z wyglądu cichy i nieśmiały młodzieniec wyszeptuje, wybitowuje i kląska sam.
Czego ujmująco piękny przykład poniżej...

2009/03/21



Przyznamy szczerze: okładka świeżej płyty Justyny Steczkowskiej napawa nas lękiem swoją rozczapstrzoną kolorowością. Krążek, nagrany pod węgierskie dyktando producenckie, jest tak świeży, że dzień po premierze nie uświadczysz go nawet w największych sklepach stolycy.
Na szczęście jutub działa jak należy, i dlatego możemy bez większych ogródek wkleić klip, z jednej strony dosyć standardowy w treści, a jednak przynajmniej nie pstrokato kororowy, i ładnie sfotografowany. Przez "ładnie" mamy na myśli m.in. aktorską obecność tego pana, który ładnie obnażał się w tym filmie, też zresztą jako fotograf...



Warstwa muzyczna wykazuje pewien progres, jest popierdująco-nowoczesna, a Justynę ktoś wreszcie zmusił do zarzucenia męczącej maniery śpiewania, godnej reinkarnacji Hanki Ordonówny.

2009/03/17



Dzisiejszy hit dnia, to nagranie, które wywołuje spore zamieszanie w umysłach fanów Sophie Ellis Bextor (czy wspominaliśmy już, że jesteśmy jej oddanymi słuchaczami?).
Otóż Heartbreak... to piosenka, którą napisał dla niej tandem didżejski Freemasons, właściwie stara, miała promować ostatni krążek wokalistki z 2008 r., ale jakoś nie wyszło. Podczas gdy ona rodziła kolejne dziecko, Freemasons wzięli tenże kawałek ponownie na tapetę, i teraz publikują go jako własną epkę, li tylko z jej udziałem.
Wyczekiwana premiera miała miejsce w znaczącym miejscu i czasie, mianowicie podczas gejowsko-lesbijskiego święta, Mardi Gras w Sydney, w ostatni weekend. Przez premierę rozumiemy pierwsze publiczne odtworzenie klubowego remiksu, bo wersja radiowa singla o dziwo jako żywo przypomina tę sprzed roku (słuchaj poniżej i czytaj: nie wysilili się chłopcy, oj wcale).
Wszystko to nie ma zresztą większego znaczenia. Bo właśnie stara wersja, nie przywalona efektami specjalnymi oraz orientalną instrumentalizacją, podoba nam się o niebo bardziej.
Może dlatego, że czasem cenimy zwięzłość, oraz gdy Sophie brzmi bardziej jak Sophie, a nie jak gościnne wokalizy (chociaż - są wyjątki :D).
W tym wypadku mamy do czynienia ze zdrową symbiozą: melancholijne, przestrzenne, taneczne klimaty wolnomasońskie, doskonale skomponowały się z matowym głosem Sophie, wyśpiewującej melodyjne rozpacze na miarę swojego megahitu sprzed lat.
W efekcie przez wielokrotność 4 minut skacze się i duma z jednakowo niesłabnącym zaangażowaniem. Czego i Wam życzymy...