Zupełnie nie wiemy, czemu do tej pory u nas nie zagościł...
Widocznie musiała nastać jesień.
Najtrafniejszą rekomendację znaleźliśmy ostatnio u Mariusza Grzegorzka:
Ten zgwałcony skaut, schizoidalny patriota, mistrz freak country tworzy muzykę, która jest zaskakująco czarowna, przecudownie melodyjna i słodka, a jednocześnie przejmująco osobista i smutna. Z zachwycającą dezynwolturą łączy przeciwieństwa: lirykę i patos, tradycję i eksperyment, pop i awangardę. Sam komponuje, gra na dziwnych instrumentach, no i dysponuje superoryginalnym wokalem. W tym miesiącu wypuszcza nowy krążek The Age of Adz (z podsłuchu w sieci: rewelacja!). Mój osobisty psychoterapeuta. źródło: Rzeczpospolita
Płyta ukazała się 12 października, Vesuvius to tylko jej mała próbka:
Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, Boy George nawiedzi Warszawę w połowie lipca, w ramach wydarzeń wokół EuroPride 2010. Wystąpi w klubie M25, jednak nie jako piosenkarz, a dj. Praca za dekami to ostatnio jego główne zajęcie, często pojawia się ze swoimi setami na imprezach prajdowych. Jednym z ostatnich jego dzieci jest remiksowy singiel Amandy Lear oraz zapowiadana na 'wkrótce' płyta, Extraordinary Alien (szczegóły na Facebooku).
Na całe szczęście, Boy nie zarzucił jednak śpiewania (jak dowodzą upublicznione kawałki Brand New, czy singlowe Amazing Grace).
Ostatnie tygodnie obfitują także w efekty współpracy z innymi artystami, z rozpiętością gościnnego wokalu u rapera Titchy (gdzie sparafrazował swoje najsłynniejsze do you really want to hurt me...), aż po rzewną balladę, gościnnie zaśpiewaną na najnowszym krążku Nigela Kennedy, Shhh!
Najwyraźniej Boy wychodzi na prostą po ostatnich perypetiach kryminalno-sądowych. Idzie dalej, krokiem zdecydowanie tanecznym, co cieszy. My posłuchamy go na żywo z przyjemnością...
Adam Lambert wzbudził sensację podczas ostatniej edycji amerykańskiego Idola nie tylko swoim potężnym głosem i rockowym temperamentem, ale także... orientacją seksualną. Jeszcze przed finałem do mediów trafiły jego fotki w dragu oraz dokumentujące różne całusy z innymi chłopcami, rozgorzała dyskusja, czy Ameryka gotowa jest już wybrać idola jednoznacznie homoseksualnego.
Sam zainteresowany podsycał tylko sensację, unikając jednoznacznych deklaracji. Dopiero po zakończeniu programu ujawnił się ostatecznie na okładce szacownego czasopisma muzycznego, Rolling Stone.
Nie upłynęło znów tak dużo czasu, a już Adam wkracza z impetem na muzyczną scenę. Niedługo premiera płyty, na której jeden z kawałków powstanie we współpracy z Lady Gaga, a tymczasem ukazał się singiel, jakiego pozazdrościłby pewnie niejeden wykonawca z renomowanym nazwiskiem: Lambert zaśpiewał piosenkę promującą megabuster kinowego sezonu, katastroficzną produkcję 2012. Na co go wokalnie stać, pokazuje od trzeciej minuty piosenki wzwyż:
Niejako równocześnie znów pojawiły się fotki, zarówno te oficjalne, jak i nie oficjalne. Najpierw ujęcie paparaciarskie, na którym Lambert obślinia się ze swoim aktualnym panem:
a zaraz potem magazyn Details urządził mu sesję z drugiej strony rzeki, w ramach której obściskiwał i obcałowywał się z modelką płci żeńskiej:
I to ostatnie wywołało dopiero szok.
Doprawy, życzmy sobie takiego idola...
Dziś odrobina impresjonistycznej elektroniki z wytwórni o wdzięcznie brzmiącej nazwie Gaymonkey (z guru Melnykiem na czele).
MaJiKer to producent angielskiego pochodzenia, osiadły i pracujący w Paryżewie. Do powszechnej świadomości wyniosła go produkcja płyty Camille, która dzięki klasie tej produkcji zdobyła uznanie i popularność. A wraz z nią - człowiek za konsoletą.
Matthew Ker, bo tak naprawdę się nazywa, fascynuje się dźwiękami. Nie bez przyczyny krążek solowy, którego premiera zapowiedziana została na 27 kwietnia, nosi tytuł Body-Piano-Machine (BPM): to trzy instrumenty, na których tworzy, a jednocześnie skrót beats-per-minute - wyznacznika tempa i rytmu, który determinuje przebieg zdarzeń. Body to ciało, z którego MaJiKer wydobywa nie tylko melodie. Jak sam twierdzi, uważa, że ważny jest splot tła z brzmieniem słów, ale nie tylko: jest beatboxerem - spora część sekcji rytmicznej w jego utworach, to nagrania odgłosów paszczą, którymi bawi się i eksperymentuje (vide paravangelisowe Tongue). Piano - wiadomo, instrument (a MaJiKer opanował też grę na kilku innych), ale także rodzaj pewnej wrażliwości, właściwej pianistom, nadającej kompozycjom sznyt z lekka klasyczny (wsłuchajcie się uważnie w drugi plan Flesh and Bone). Machine zaś, to nawiązanie do syntezatora, zdobytego za młodu, do którego brzmień autor wciąż ma spory sentyment, tak w sferze prymitywnych dźwięków, jak i przetwarzania, np. głosu.
Wszystko to jednak byłoby na nic, gdyby nie muzyczne ucho Matthew i zdolność kompozycji, która każe mu budować suity, o zabójczym dla popu czasie trwania 5-6 minut. Otrzymujemy zwartą, przemyślaną całość, nowoczesną i retro jednocześnie, a w tym wszystkim jeszcze: liryczną. I szczerze pisząc, mimo plejady zaproszonych na płytę wokalistek (słabość autora do damskich... głosów), najbardziej chyba chwytają nas za szyję kompozycje, które ten z wyglądu cichy i nieśmiały młodzieniec wyszeptuje, wybitowuje i kląska sam.
Czego ujmująco piękny przykład poniżej...
Nie tak dawno zastanawialiśmy się, jak mógłby brzmieć Smalltown Boy w wydaniu akustycznym, a tu proszę, jak na zamówienie - kolejna kowerowa wersja prześlicznej urody. Na po-karnawale - względnie jako środek na po-ostatkowego kaca - jak znalazł.
No to znalazł właśnie...
Pierwszy finalista brytyjskiego idola z 2002 roku wydał właśnie nowy singiel, Let It Go (promujący płytę pod tym samym tytułem z września ubiegłego roku). Jak zwykle rzewnie balladuje, podpierając rozważania o wnętrzu prawdziwego mężczyzny teledyskiem, w którym sentymentalnie-tragicznie rozgrywa figurę superherosa. Czy jako facet, czy jako gej, podmiot liryczny stawia sobie wyzwania, konfrontuje z oczekiwaniami, którym nie potrafi sprostać. Czarno-biała inscenizacja wionie melancholią, kulminującą w scenie tańca herosa w srebrnych majtkach z wyidealizowanym manekinem, który też jest jakby tylko do połowy.
Zobaczcie zresztą sami...
Jeszcze wracamy do nowego Antonego.
W niejakim nawiązaniu do omówienia ostatniej płyty, odsyłamy do świeżego teledysku do drugiego utworu na krążku, pogodnego (w warstwie muzycznej), acz markotnego (w warstwie tekstowej) Epilepsy is Dancing.
Nam wizje wokalisty sączącego kwiatki z ust, otoczonego bajkowymi postaciami, przywodzi na myśl rozwinięcie ostatnich sekwencji oscarowego Marzyciela, w których niejako "ożyła" Nibylandia, stając się zresztą tym samym parabolą do śmierci suchotliwej heroiny romansu.
Ale może to tylko queertunsowa poetyka dalekich skojarzeń. W każdym razie podoba nam się sarenka.
premiera: 21 stycznia 2009, wytwórnia: Secretly Canadian
Antony Hegarty należy do Artystów. Przez duże A., co oznacza, że nie działa działają pod presją czasu i producentów, nie wypuszcza masowo singli, by za wszelką cenę podtrzymać zainteresowanie i świeżo zdobytą sławę (vide: lady Gaga, która już szykuje kolejną epkę). Tamci to wykonawcy, wokaliści, gwiazdy. Artyści natomiast podążają własną ścieżką, we własnym tempie, ciężko pracują na swoich wielbicieli, za co ci z kolei są skłonni odpłacić im kilkoma latami cierpliwości.
Opłaca się czekać sześć lat na nowy album Kate Bush. Opłaca się czekać 4 lata na czterdziestominutowe wydawnictwo Antonego. Już w 2008 roku w wyniku różnych kooperacji uraczył nas kilkoma perełkami: muzyką dla Prady, wokalizami u Herculesa i My Robot Friend, czy wreszcie mini-zapowiedzią nowej płyty. Ale to na nią właśnie, na autorską wypowiedź, czekali jego wielbiciele.
Z tego oczekiwania wyrosły też wygórowane wymagania, jakie stawia się Prawdziwym Artystom. The Crying Light wywołało mieszane reakcje - od 'dzieła', po 'cała para poszła w gwizdek'. Na pewno poczuli się rozczarowani ci, którym apetyty zaostrzyły zapowiedzi 'rewolucji' czy różnorodne stylistycznie muzyczne 'skoki na boki' wokalisty.
Nowy Antony to Antony, jakiego doskonale znamy sprzed lat, tyle że łagodniejszy, spokojniejszy, wyciszony, bardziej optymistyczny, choć nie mniej romantyczny w wyrazie i optyce pojmowania rzeczywistości. Muzyczne brzmienia poszerzono o orkiestracje, użyte jednak rzec by można ascetycznie dla podkreślenia dramaturgii utworów, opartych głównie konstrukcji fortepian - głos.
Synalizuje to już pierwszy kontrapunkt - mroczne pociągnięcia wiolonczeli zamykające pierwszą balladę, Her Eyes Are Underneath the Ground. Sekcja smyczkowa, towarzysząca wokaliście w łagodnych frazach, przeradza się na koniec w żałobne dudnienie. Zaraz potem następuje jednak kolejny zwrot: zaczyna się jednak folkowy walczyk, Epilepsy is Dancing.
Na tej niedługiej płycie następuje kilka takich wolt stylistycznych. Toczące się niespiesznie melodie nabierają różnorodności: jazzujące One Dove poprzedza Kiss My Name, którego nie powstydziłby się pewnie któryś z naszych krakowskich artystów, gdyby tylko dysponował takim głosem. Aeon to niemal rockowy blues, a urokliwy Dust and Water, w którym Antony eksperymentuje z angielszczyzną, oparte zostało na motywach paraafrykańskich. Zamykające album Everglade przywodzi za to na myśl ckliwe, hollywodzkie kompozycje Johna Barry, co znów mogłoby stanowić zarzut, gdyby nie ten głos.
Kompozycyjnie w centrum albumu znalazły się tytułowe The Crying Light oraz znane już z ubiegłorocznego singla, Another World. Wybór zapewne nieprzypadkowy, punktujący ideę całości. W warstwie tekstowej nowe piosenki obracają się wokół kluczowych dla Antony'ego kwestii. Pochyla się nad losem ginącego znanego świata, operując motywami czysto przyrodniczymi (ptaki i pszczoły, woda, kurz, słońce, drzewa).
Jednocześnie snuje też rozważania nad kwestią przemijania, symbolicznie wciąż przywołując opozycję życia i śmierci - najdoskonalej zobrazowanego zdjęciem na okładce. Kazuo Ohno stał się dla Antonego nie tylko mentorem artysty niezwykle intymnego, ale także poddanego próbie starości: tancerza, który w wieku 102 lat nie może już ani się poruszać, ani mówić. Podobnie jak on, Hegarty staje w punktowym strumieniu światła i opowiada o jasności i ciemności, o świadomości umierania w momencie narodzin, o przemijających pokoleniach (motyw matki w Her Eyes... czy ojca w Aeon), by paradoksalnie wydobyć z tej opozycji mnóstwo optymizmu. Dodać należy, że zaraźliwego.
Jeśli już formułować zarzuty wobec tej płyty, to jest ona z pewnością bardziej 'popowa', łatwostrawna w warstwie muzycznej, co wynika z faktu, że w mniej osobistej perspektywie niż na poprzedniej płycie, w szerszym spojrzeniu na świat, Antony nieco wypogodniał. Jest mniej ekspresyjny, świadom narzędzi, którymi operuje. Nie porusza ewidentnymi chwytami, lecz niuansami, mikro-eksperymentami, świadomymi zabiegami, które albo się wysłyszy, albo pozostanie na nie do końca głuchym. Jego 'ten świat odchodzi' nie nosi znamion apokalipsy, za to - o ile się dotrwa do tego momentu - można usłyszeć jego prawdziwy krzyk zupełnie gdzie indziej.
Młodociane chłopię muzykę ma we krwi. Występowało sobie właśnie w lokalnej inscenizacji musicalu Mary Poppins (chociaż chyba nie grało Mary), chodziło na kastingi, gdy zapoznało znajomka Kylie o zapędach menadżerskich. Wymienili się uwagami o świecie oraz taśmami demo...
A potem już z górki. Jako absolutny w tym względzie nuworysz, Sam trafił pod skrzydła modnych producentów oraz na soundtrack miniserii BBC, Beuatiful People (o której trochę pisaliśmy już tutaj). Jego nazwisko zaistniało na okładce oraz w notowaniach między Kylie, Pet Shop Boys, M People, Bextor, a All Saints.
W następnej kolejności nagrał ryzykowną (w męskim wykonaniu) piosenkę z musicalu Jesus Christ Superstar, I Don't Know How To Love Him, śpiewaną pierwotnie przez Marię Magdalenę. Ryzyko się opłaciło: wskutek upublicznienia utworu przez Myspace zyskał spore uznanie, a fraza 'I want him / I need him' zostaje powłóczyście wyfrazowana do końca.
W tej chwili Sam jest w trakcie nagrywania debiutanckiego albumu o ciekawym przekroju repertuarowym, obejmującym m.in. nowy kawałek autorstwa Boya George'a i cover Cardigansów. Swój styl charakteryzuje jako "epickie, teatralne elektro skrzyżowane z orkiestralnym popem". Dużo formy, sporo treści...
Nie sposób się z nim nie zgodzić. Słuchając od dwóch dni wdzięcznych zawodzeń w Run Away (nota bene pierwotnie także napisanych dla kobiety), płaczemy za każdym razem i skórki gęsiej dostajemy przepisowo.
Na więcej muzyki, poza majspesowatymi okruchami, przyjdzie poczekać pewnie jeszcze z kwartał. Poczekamy...
Ten gościu ma głos. I lubi to pokazywać, czasem do przesady. Trudno uwierzyć, ale już paręnaście lat temu, jako półfinalista amerykańskiego StarSearch (tak-tak, Idol nie jest taką znów nowością), udało mu się w popisowych manieryzmach zarżnąć gejowskiego klasyka, Over the Rainbow. Co nie przeszkodziło mu podobnymi popisami zwyciężyć, dzięki czemu miał okazję popisywać się w podobny sposób wielokrotnie.
Na szczęście potrafi też inaczej, stonowanie. W pełni rehabilituje się innym coverem: You Are So Beautiful (najlepiej znane z chrypy Joe Cockera), brzmi w jego interpretacji niezwykle delikatnie.
Jak na dobrze wyglądającego nieźle też śpiewa, a zabrał się za dziedzinę niebylejaką, bo r'n'b. Z płyty na płytę idzie mu na tyle skutecznie, że zauważony został - doceniony - przez mainstreamowe media, z poprzednim singlem okupował np. czołówki densowej listy renomowanego Billboard Magazine.
Na ostatniej płycie, Transport Systems, skowerował klasycznyc hit lat 80, Human (pierwotnie wykonywany przez niejakich Human League), przekuwając go - jak sam twierdzi - w hymn na rzecz praw człowieka. Wobec błyskających na ekranie atrakcji, trudno skupić się na tym przesłaniu. Teledysk nakręcił nie byle jaki znawca męskich wdzięków, bo mistrz fotografii glamour, Aaron Cobbett. Widać to w każdym kadrze (dużo pazłotka), choć ten kicz ma drugie dno, nawiązuje bowiem aż do eksperymentalnej, filmowej klasyki roku 1971, Pink Narcissus, nakręconej przez innego fotografika i filmowca, Jamesa Bigwooda, którego kiczowaty styl przejęli m.in. Pierre & Gilles.
Sporo faktów, jak na prezentację teledysku. Na zachętę dodamy tylko, że najlepiej naszym zdaniem Ari prezentuje się jako czerwony kapturek w drugiej części filmiku. Tylko kto kazał wilkowi rapować?
Ok. To nie jest nowy kawałek, ale wciąż działa. Małoletni wokalista, instrumentalista i producent dowodzi, że queerowo może być też soulowo. Że potrafi śpiewać, pokazuje nawet w przegiętych kawałkach, Flow With My Soul buja jednak zgodnie z obietnicą tytułu, nie przeginając się nadmiernie.
W sam raz na długie wieczory. Keep warm, stay cool...
QueerTunes mają wyjątkową słabość do tego faceta, który ostatnio wydaje się mocno zapracowany i... zaangażowany. W październiku wydał nową płytę, Hide Nothing [nasza recenzja], cały czas koncertuje. W okresie przedświątecznym wypuścił za wyłącznym pośrednictwem iTunes singiel bożonarodzeniowy, Star of Wonder, z którego cały dochód przekazany zostanie na rzecz organizacji, zajmującej się w Los Angeles bezdomną młodzieżą LGBT. Nagrania, będącego coverem piosenki siostrzanego trio, The Roches, można posłuchać tutaj.
Jakby tego wielbicielom było mało, Matt ukończył zdjęcia do teledysku, promującego drugi singiel z albumu Hide Nothing. W przeciwieństwie do pierwszego, przepiękna ballada miłosna, End of The World, zilustrowana została stylowym filmikiem, w którym w pełnej krasie do głosu doszła spokojna uroda wokalisty (oj, cholernie mu do twarzy z zarostem!). Historię ulotnego romansu u fryzjera, z ujmującą sceną tańca (kadry z klipu poniżej), obejrzeć można pod tym adresem.
premiera: 4 listopada 2008 r., wytwórnia: Tommy Boy
Chyba nieprzypadkiem pierwsze słowa, jakie padają na płycie Matta Albera, to ‘warm invitation’ – ciepłe zaproszenie. Bo od pierwszych taktów tego więcej niż uroczego albumu, ogarnia nas przytulna miękkość dźwięków, składających się w kojący strumień melodyjnych refleksji, i radosnych melancholii. Już pierwszy utwór (i zarazem pierwszy singiel), Monarch, uświadamia, że mamy do czynienia z muzyką pop, ale na pograniczu ballady poetyckiej, wyciszonej i osobistej w wyrazie.
Szybko wyjaśnia się tytuł całości: Hide Nothing. Leniwe rytmy unoszą się, zapętlają i opadają, a Matt otwarcie opowiada swoją historię, otwiera przed nami swoje intymne dzienniki, przede wszystkim jako gej, nie ukrywając do jakich podmiotów lirycznych śpiewa.
A wyśpiewuje właściwie wszystko. Od odkrywania własnej tożsamości (The Monarch), poprzez emocje inicjacji i szkolnego zauroczenia (pierwsze elektroniczno-liryczne apogeum - Field-Trip Buddy), aż po namiętności dorosłe. Głównie te głębokie, które nie lubią pośpiechu (smolikopodobne Slow Club), ale gdy już się rozwiną, to rozpędzają człowieka do prędkości kolejki górskiej, że potem to już tylko koniec świata (End of the World). Jeśli związek przetrwa te perturbacje, pozostaje powiedzieć sakramentalne słowo kocham, ale i to Alber robi ostrożnie (drugie liryczne apogeum - Walk With Me).
Na tle akustycznych instrumentów, uprzestrzennionych elektroniką i wzbogaconych orkiestracjami, wokalizami i chórami, Matt z umiarem acz w pełni demonstruje swoje możliwości głosowe. Pod tym względem szczególnie wybrzmiewa nieco orientalna Beoatia, w której pieśniarz z harfą tle prowadzi duet sam ze sobą, jako baryton oraz efektownym falsetem (kto nie wierzy, że można aż tak, niech zajrzy najpierw tutaj).
Jeden z amerykańskich krytyków napisał o piosenkach Albera, że tak zapewne brzmiałby Rufus Wainwright, gdyby wysłać go w kosmos i kazać nagrywać w stanie nieważkości. O ile przy pierwszym przesłuchaniu The Slow Club czy Walk with Me trudno nie dostrzec podobieństw w barwie głosu i stylu prowadzenia melodii, to Matt ma w stosunku do znamienitego barda jeszcze jedną, kolosalną zaletę: jest całkowicie odarty z manieryzmów i egzaltowanych zapędów scenicznej diwy (bez urazy, Rufus). Także w warstwie tekstowej pozostaje bardziej introwertyczny, w skupieniu przyglądając się detalom życia.
Jeżeli czegoś w tym obrazie z Rufusa brakuje, to czasem odrobiny więcej energii, ba! szaleństwa. Na płycie nie znalazły się ostatecznie gitarowe kawałki Your Birthday czy Anyone Out There, znane z wcześniejszego singla. To zapewne zabieg celowy, dzięki któremu czterdzieści minut klasyczno-popowej muzyki tworzy zamkniętą, kameralną całość, doskonałą do słuchania w intymne wieczory we dwoje. A zwłaszcza we dwóch...
Bonus energetyczny, wcześniejsza piosenka Matta, Anyone Out There:
TRIVIA
Matt był uczestnikiem nigdy nie wyemitowanego show MTV w stylu Idola dla muzyków country.
Matt studiował śpiew klasyczny, występował także z chórem a capella Chanticleer, który za jego obecności wydał 7 płyt i zdobył 2 nagrody Grammy.
Matt zarejestrował i zmiksował płytę w całości na domowym Macu, z pomocą swojego ex-partnera, który ostatecznie został jej producentem.
Większość materiału muzycznego została opublikowana już w 2006 r. na samodzielnie wydanym singlu, Nonchalant.
Piosenka End of the World wykorzystana została na ścieżce dźwiękowej do filmu Noah's Arch: Jumping the Broom - artysta uświetnił premierę swoim występem
pieśń Beotia opowiada o armii kochanków w starożytnej Grecji i napisana została specjalnie na otwarcie igrzysk Gay Games w 2006 roku
Hide and Seek jest coverem piosenki, pierwotnie śpiewanej a capella przez Imogen Heap, i w jej wykonaniu spopularyzowanej w kilku serialach, m.in. Heroes i L-Word
Matt udziela się społecznie, spotykając się w ramach żywych bibliotek jako wyoutowany artysta, biorąc udział w akcjach przeciw Prop. 8, a także na rzecz bezdomnej młodzieży LGBT.