Pokazywanie postów oznaczonych etykietą darren hayes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą darren hayes. Pokaż wszystkie posty

2011/06/27

zdjęcie tygodnia: mężczyzna-motyl queeruje procesję Bożego Ciała w Łodzi

Newsem tygodnia pozostaje niewątpliwie zwycięstwo frakcji małżeństw gejowskich w Nowym Jorku - tak świętowano ten historyczny moment u korzeni, przed barem Stonewall, gdzie ponad 40 lat temu wszystko się zaczęło. I nawet Empire State Building z tej okazji podświetlono - a jakże - na tęczowo, a na twitterze nie zabrakło wpisu samego Pana Bozi. Nie będziemy polskim POlitykom wypominać, że przez nowojorski senat uchwała przeszła przy niewielkiej przewadze głosów w momencie, gdy także sondaże pokazują, że społeczeństwo amerykańskie w uśrednieniu jest w tej kwestii podzielone na pół (chociaż w NY faktycznie najprzychylniejsze). Nie musimy też chyba dodawać, że i tam nie brakuje radykałów, którzy z wprowadzeniem pedalskich małżeństw wieszczą zagładę Hameryki.

okładka tygodnia: Pospieszalski jako tęczowy wojownik.


Także w polskiej prasie dwugłos w debacie na temat związków partnerskich: na łamach Polityki w wywiadzie z ministrem Bartoszem Arłukowiczem redaktor Żakowski zasugerował, że to rozwiązanie także dla krewnych i powinowatych, żyjących (zwłaszcza na starość) we wspólnym gospodarstwie domowym (więcej). Z kolei redaktor Pospieszalski walczy na łamach tygodnika Uważam Rze o przyzwoitość (patrz ikoniczna okładka powyżej). Swoje mało zaskakujące opinie wykłada w tekście o znamiennym tytule Platformy jak czołgi, w czym dzielnie sekunduje mu Piotr Semka swoim Ruchomym celem tęczowej rewolucji.

Poza tym na fejsie lato, wakacje, długi weekend, bezruch, wśród którego niemrawo wrzuciliśmy m.in.:
Muzycznie spisaliśmy się nieco lepiej, linkując następujące nowości:
Zdecydowanym faworytem okazał się niestrudzony Al 'Weird' Yankovic ze swoją parodią Lady Gagi, której produkcja zajęła zapewne tyle czasu z uwagi na efekty specjalne przyklejania twarzy Ala do zupełnie obcego ciała. Z całkiem niezłym efektem:





Na deser serwujemy co-nieco z oldscholowej kuchni telewizyjnej. Gdzie są osobowości na miarę tamtych złotych lat:

?

2010/07/10



Jakoś się złożyło, że nie napisaliśmy o tym albumie przez ponad rok. Niedobre kuirtiunsy!

Po części czujemy się usprawiedliwieni, bo tak naprawdę nadal bardzo nie lubimy Darrena Hayesa (ex Savage Garden), ba! uważamy przyznawanie się do lubienia go za niezły obciach. Z ulgą przyjęliśmy do uszu fakt, że od dłuższego czasu nic konkretnego o tym panu nie słychać.
Ale cóż, od każdego 'anty' zdarzają się wyjątki.

Po zawieszeniu działalności przez duet, którego twórczość aż nadto znamy z radiowych zajawek, zwanych singlami, Darren rozpoczął karierę solową, która w 2007 roku zamknęła się trzema płytami, zupełnie przez nas nie słuchanymi. Jemu samemu widać wreszcie zbrzydło, bo zamiast zabrać się za czwartą, we współpracy z dotychczasowym współautorem i współproducentem, Robertem Conleyem, upichcili w wolnych chwilach całkowicie niekomercyjny projekt, który następnie w maju 2009 całkiem za darmo udostępnili w sieci, pod znaczącym pseudo artystycznym We Are Smug.



Urok tej nieoficjalnej produkcji tkwi głównie w tym, że w nagraniach pojawiają się dwa głosy i dwa temperamenty (Robert też śpiewa), przez co przełamany zostaje monopol nieznośnej wokalnej maniery Darrena. Dodatkowo rzecz zakrawa na zgrywę, w związku z tym jest dosyć różnorodna, także w poziomie realizacji i wykonania. Poniżej prezentujemy tę połowę materiału, która przypadła nam do gustu. Kto żądny reszty, niech sobie ściągnie całość.



Rzecz przez krytykę i odbiorców (nie licząc zapewne fanów) została generalnie pominięta milczeniem, stąd i my na czas dłuższy zapomnieliśmy. Kto ciekaw oceny w miarę pozytywnej, niech w obcym języku zajrzy sobie tu. Mniej życzliwe spojrzenie prezentuje ten pan. My nie jesteśmy tak surowi, przeciętna popowa lala - w tym czasem i Hayes - śpiewa w dzisiejszych czasach dużo potworniejsze rzeczy. Te kilka różnorodnych kawałków z We Are Smug z powodzeniem towarzyszyło nam w niejednej podróży. Warto wsłuchać się w niektóre dźwięki i teksty, często zawierające sporą dawkę autoironii.

Za samo Hot Tub Blues The Pressure - jak na Darrena - dajemy cztery gwiazdki :)